Przejdź do treści

Historie, od których wszystko się zaczęło

Kliknij tytuł, żeby rozwinąć pełny tekst. Każdą pastę możesz też otworzyć jako osobną stronę.

Naklejki Malcolma XD
Noc na dołku

Wierzcie lub nie, ale raz byłem aresztowany na jedną noc z powodu błędów ortograficznych, w dodatku nie moich xD

 

Był u mnie na osiedlu taki typek, zresztą z nim do podstawówki chodziłem, który miał ksywę GŻEGŻUŁ, bo raz taki podpis nasprejował na ścianie, podczas gdy na nazwisko miał Grzegrzółka xD. Gżegżuł już w podbazie nie był zbyt bystry, a różnej maści substancje odurzające, przyjmowane przez niego systematycznie od początku gimbazy, nie poprawiły jego kondycji intelektualnej. Był oczywiście 100% Sebixem i z samej gimbazy go wyjebali z dwa razy. Potem zaczął napierdalać jakieś dziesiony, kraść radia itd. Natomiast jako że ja byłem „swój”, bo mnie kojarzył z podbazy i ośki, to kontakty mieliśmy dobre i raz czy dwa rozpiliśmy nawet razem browar. Pewnego wieczora szedłem do sklepu, na ławce siedzi Gżegżuł z jakimś ziomkiem. Pozdrawia mnie ELO MORDECZKO i zagaduje, czy mu dam szlugę. Dałem, stanąłem z nimi, palimy i gadamy co tam, jak tam. Nagle z krzaków wychodzą bagiety i się burzą, że przy ławce stoją butelki po alko – nie wiem, czy Gżegżuł to wcześniej wypił, czy ktoś inny, no ale stały. Wiadomo, od razu spisywanie, ja daję dowód, a Gżegżuł mówi, że nie ma dokumentów.

 

NO DOBRA TO PAN PODA DANE I MY SPRAWDZIMY PRZEZ CENTRALĘ. W11 TU 301 ODBIÓR, SPRAWDŹCIE NAM DELIKWENTA.

 

JAK NA IMIĘ? SEBASTIAN NAZWISKO?

 

GŻEGŻUŁKA

 

JAK?

 

GRZEGŻÓŁKA

 

GŻE-GRZU-ŁKA, PRZYJĄŁEŚ MARIAN?

 

(z krótkofalówki) WEŹ PRZELITERUJ.

 

„GIE” JAK GRAŻYNA… JAK SIĘ TO PANA NAZWISKO PISZE?

 

W tym momencie ja już parsknąłem śmiechem, a bagietmajster wkurwiony

 

A PANU CO TAK WESOŁO? ZARAZ KIESZENIE SPRAWDZIMY.

 

Teraz wchodzi Gżegżuł NO GRZEGŻÓŁKA

 

NO ALE JAKIE „ŻET” SIĘ PYTAM?

 

Z KROPKĄ CHYBA

 

MARIAN ODBIÓR SPRAWDŹ NAM GŻEGŻUŁKA PRZEZ ŻET Z KROPKO.

 

(z krótkofalówki) GŻE-GŻ…. A JAKIE „Ó”?

 

Teraz już kurwa nie wytrzymałem i ryknąłem im śmiechem prosto w twarz. Ci bagietmajstrzy już byli niesamowicie wkurwieni sytuacją, więc:

 

OOO, A WIDZĘ, ŻE KOLEGA TO TROCHĘ ZA DUŻO DZISIAJ WYPIŁ. POJEDZIEMY NA ALKOMAT.

 

Wezwali kurwa radiowóz, czekamy w piątkę, a Gżegżuł siedzi na ławce i zapatrzony w chodnik pod nosem sylabizuje szeptem swoje nazwisko, licząc sylaby na palcach xD. GŻE-GŻUŁ-KA, GŻE-GRZÓ-ŁKA, GRZE-GRZUŁ-KA. Więc ja dalej kisłem, a bagiety coraz bardziej się wkurwiały, że niby się z nich śmieję xD. W końcu zapakowali mnie do bagietowozu i powieźli na owiany złą sławą komisariat przy ulicy Malczewskiego, którego gościnne progi, jak wkrótce miało się okazać, stały się na kolejnych kilkanaście godzin zarówno moim domem, jak i miejscem kaźni.

 

Podjeżdżamy na komisariat, wprowadzają mnie na dyżurkę, ale ich przez radio wydzwonili, że gdzieś znowu mają jechać, więc mnie tylko oddali typowi, co na tej dyżurce siedział.

 

WEŹ GO NA ALKOMAT.

 

A CO ZROBIŁ?

 

WESOŁEK TAKI KURWA, PODŚMIECHUJKI Z FUNKCJONARIUSZY. WIDAĆ, ŻE NADŹGANY.

 

Typ mnie przejął, zaprowadził do pokoju z alkomatem, gdzie siedział jakiś inny policjant.

 

WEŹ GO ZBADAJ, PATROL OBRAŻAŁ NAJEBANY.

 

Wydmuchałem 0,3 promila, bo przed wyjściem z domu wypiłem ze dwa piwa, a jak szedłem do sklepu po więcej, to właśnie spotkałem Gżegżuła. Typ mi dał wynik na paragonie, zaprowadził do takiego pokoju, gdzie było kilka klatek, a przed nimi stolik, i kazał w jednej z tych klatek siedzieć, ale nie zamknął drzwi. Siedzę, czekam, w klatkach obok jakieś Seby i żule pozamykane też czekają. Mnie nie zamknęli, bo gołym okiem widać, że im nic nie zrobię ani nie spierdolę xD

 

Po chwili przyszedł policjant, taki kurwa brzuchaty były zomowiec z wąsami koło pięćdziesiątki, jak z filmów xD.

 

TY NA PRZYSTANKU NAJEBANY KRZYCZAŁEŚ CHWDP, JAK ZOBACZYŁEŚ RADIOWÓZ?

 

NIC Z TYCH RZECZY, PANIE WŁADZO, JA GRZECZNY CHŁOPAK HEHE.

 

TA? NO TO ZARA KURWA ZOBACZYMY, SIADAJ TU KONDONIE.

 

Ja już obsrany, że tu się sprawy rozwijają jak w jakiejś kurwa Symetrii – co jakiś bagieciarz przyjdzie, to mnie oskarża o coraz cięższe zbrodnie, zaraz będzie, że policjanta nożem pchnąłem xD

 

Posadził mnie przy tym stoliku, wyjął protokół, z pięć minut coś tam pisał bez słowa, a potem zaczął hehe przesłuchanie i pyta, co odpierdoliłem. Chciałem go podejść chwytem retorycznym, że najpierw takie niby niezwiązane pytanie zadam, a potem się rozsupła cała kwestia, on się zaśmieje serdecznie, poklepie mnie po plecach, powie SORY, MŁODY, POMYŁKA HEHE i mnie puszczą. No to walę z grubej rury zabiegiem retorycznym, czy wie, jak się pisze Grzegrzółka.

 

Oj kurwa, nie zadziałało. Jeb-jeb-jeb-jeb-jeb, jeszcze nie zdążyłem odpowiednio zaakcentować ostatniego słowa, a już mnie z plaskuna po mordzie wychlastał jak jakiś kurwa Obeliks Rzymianina.

 

Wszystkie patologi, co siedziały zamknięte w klatkach dookoła, skoczyły do krat i drą mordę EEEE ZOSTAW KURWO CHŁOPACZYNE i się rzucają jak w zoo xD. Zrobił się taki kociokwik, że pół komendy się zleciało i napierdalają pałkami w te kraty, żeby Sebów uspokoić, co w sumie tylko podnosiło napięcie. Wobec mnie została podjęta błyskawiczna decyzja

 

JAK NAJEBANY JEST, TO I TAK Z NIM KURWA NIE MA CO GADAĆ DZISIAJ, DAWAJCIE GO NA DÓŁ, WIDZICIE CO TUTAJ NAM NAODPIERDALAŁ.

 

Na dołek trafiałem więc już jako animator niepokojów społecznych i buntów więziennych xD

 

Na dołku zabrali mi sznurówki, telefon, pasek, potem hehe przysiady, czyli – mówiąc wprost – zaglądanie w dupę xD. Potem jeb do celi. Nie powiem, moim pierwszym zmartwieniem było to, jak wytłumaczę mame, że wyszedłem do sklepu i wróciłem następnego dnia, a drugim, czy mnie tam pod celą ktoś nie wyrucha xD

 

W celi siedziało dwóch typów w średnim wieku. Powiedziałem tylko SIEMA i siadam na swoje hehe kojo, czyli kawałek betonu wystający nad podłogę xD. Wypytywali się ogólnie, co tu robię, to powiedziałem, że za obrazę funkcjonariusza xD. 15 minut nie minęło i jeszcze nam dorzucili dla towarzystwa jednego z tych Sebów, co siedział wcześniej w klatce koło mnie, a potem w mojej obronie wyklinał policjantów.

 

NO MAŁOLAT, DOBRZE Z NIMI POJECHAŁEŚ, SZTYWNO TRZEBA SIĘ TRZYMAĆ KURWA I SIĘ NIE ROZJEBAĆ, PIERDOLIĆ POLICJĘ CAŁY CZAS, BO TO GESTAPO JEBANE.

 

I zaczyna do mnie jechać taką grypserą, że może co trzecie słowo rozumiałem i zazwyczaj było to KURWA xD. W swoim wywodzie czasami robił pauzy, jakby oczekując mojej wypowiedzi, więc wtedy mówiłem tylko

 

NO DOKŁADNIE, ZIOMUŚ, JEBAĆ KURWY.

 

Na szybko wykminiłem, że JEBAĆ KURWY jest sformułowaniem dosyć ogólnym, pozostawiającym pewne pole do interpretacji – dyskutant ma prawo sobie pomyśleć, że mam na myśli dokładnie te same kurwy co on, czyli że się z nim zgadzam, podczas gdy w rzeczywistości nie miałem pojęcia, co mówi xD. Tę technikę zastosowałem zresztą z powodzeniem kilka miesięcy później, kiedy szedłem nocą przez pewną niewielką miejscowość i zostałem przez lokalnych kibiców zapytany, za kim jestem, ale o tym innym razem xD

 

Zadziałało to bardzo dobrze, ale niestety rozmowa zaraz zeszła na to, kto kogo zna, a tak się składa, że ja nie znam nikogo.

 

TY MAŁOLAT, A KOGO ZNASZ.

 

YYY EEE NOOOO GŻEGŻUŁA ZNAM.

 

A TO JA GO NIE ZNAM, A ADIEGO ZNASZ?

 

NOOOO CHYBA COŚ KOJARZĘ, ALE ZNAM JESZCZE TAKIEGO ZIOMKA CO Z GŻEGŻUŁEM SIĘ BUJA, TYLKO KSYWY ZAPOMNIAŁEM, NO TAKI ŁYSY (miałem tutaj na myśli typa, który siedział z Gżegżułem na ławce, jak mnie zawinęli xD).

 

TEN ŁYSY, CO PRZY POLACH MIESZKA, TEN OD NORBIEGO?

 

NO NO, CHYBA TEN. Czułem, że długo tak nie pociągnę i zaraz nieopatrznie skłamię, że znam kogoś, kogo znać nie powinienem, bo na przykład jest z moim towarzyszem niewoli skonfliktowany, ewentualnie nie trzymał się sztywno cały czas i się rozjebał.

 

Na szczęście rozmowę przerwał policjant, który wszedł do celi i ogłosił, że mamy zapierdalać po koce i materace i możemy iść do kibla zapalić szluga. Ja szlugów nie miałem, bo to je między innymi szedłem kupić, jak spotkałem Gżegżuła, ale Seba spod celi kazał jednemu z dwóch pozostałych współwięźniów nas poczęstować xD

 

Z tymi dwoma typami była taka opcja, że jeden miał sprawę za to, że kopnął psa sąsiadki, bo się z nią kłócił na klatce i pies na niego szczekał. Ona mu założyła sprawę, ale on zmienił adres i nikomu nie powiedział, więc nie dochodziły do niego przez rok wezwania na rozprawy i w końcu za nim wysłali list gończy xD. Systemowi administracyjno-mundurowemu objawił się dopiero, jak dostał pracę w jakimś sklepie i go zgłosili do ZUS-u. Wtedy po niego przyszło z sześciu tajniaków do tej jego żabki, bo w końcu wielki bandyta, od roku poszukiwany xD

 

Drugi typ był jeszcze lepszy, bo sobie urządził na imieninach ciotki mortal kombat z familią xD. Z tego, co opowiadał, wychodziło, że u nich każde spotkanie rodzinne kończyło się MMA i istniała nawet nieformalna sieć sojuszy, która jednak była dynamiczna jak w Grze o tron xD

 

Z NIMI TO TAK ZAWSZE. WESOŁYCH ŚWIĄT, BUZI-BUZI, JEDNA FLASZKA, DRUGA, A POTEM SIĘ ZACZYNA PROSZEM JA CIEBIE BANDEROZA. A TEN SKURWYSYN MÓJ BRAT, TO JESZCZE JAK NA WIELKANOC SIĘ NAPIERDALALIŚMY ZE SZWAGREM I JEGO SYNEM, TO ZA MNOM BYŁ, TEGO SIOSTRZEŃCA RÓWNO NAPIERDALAŁ, A TERAZ MNIE KURWA KRZESŁEM PRZEZ PLECY. MNIE, WŁASNEGO BRATA! JA JUŻ NIE MAM BRATA!!!

 

Potem dostaliśmy do jedzenia ten słynny chleb ze smalcem, o którym pamiętał Wilku WDZ w utworze pt. Nienawiść, i poszliśmy spać. Rano mnie zabrali z dołka i kazali spierdalać do domu. Jeszcze na koniec zapytali I CO, NAUCZYŁEŚ SIĘ CZEGOŚ? TAK. NO I DOBRZE. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo w końcu dowiedziałem się od Seby spod mojej celi, że sztywno się trzeba trzymać kurwa i się nie rozjebać.

 

 

 

Otwórz jako osobną stronę →
Waszyngton, DC

Po wizycie w Nowym Jorku pojechałem do Waszyngtonu do ziomka, co był tam na konferencji i powiedział, że mnie przekima za darmo u siebie w hotelu. To niezbyt ciekawa informacja, ale kluczowa w tej historii, a takie podobno lepiej przedstawiać na początku tekstu niż na końcu, bo czytelnik jeszcze ma siłę i się nie zrazi. W każdym razie miasto Waszyngton, stolica Ameryki, posiada nietypową strukturę administracyjną, bo położone jest w trzech stanach (zjednoczonych), tak jakby na ich granicy. Pierwszy to Dystrykt Kolumbia, gdzie są Biały Dom, Kongres itd. Stan ten słynie z tego, że jest tam właśnie Biały Dom, Kongres i tym podobne instytucje. Drugi to Virginia, która słynie z tego, że robią tam szlugi i że jest tam Pentagon. Tam też był nasz hotel, ale to nie przynosi temu stanowi dodatkowego splendoru. Trzeci to Maryland, gdzie w którym nic nie robią i który z niczego nie słynie

Nudna część właśnie się skończyła, a jak ktoś chciałby się pruć, że Dystrykt Kolumbia to – technicznie rzecz biorąc – wcale nie jest stan albo ile to ciekawych rzeczy się nie dzieje w Maryland, to niech od razu sobie pójdzie na jakieś forum miłośników jednostek samorządu terytorialnego

Dojechałem do Waszyngtonu, pojechałem metrem do hotelu i tutaj zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, jako, że nie mam w zwyczaju dopytywać dokładnie, gdzie jadę, to byłem zaskoczony, że w tym hotelu odbywa się konferencja entuzjastów zarówno konsumpcji, jak i legalizacji marihuany. Mówi się, że w Ameryce wszystko jest większe i w tym przypadku to prawda, bo tam hehehuana to nie są klimaty jak u nas, typu JAK TO POLISMAN PRZESZUKUJE MNIE czy Kamil Bednarek, tylko gruby biznes: marihuana odurzająca, marihuana medyczna, marihuana spożywcza, ubrania z marihuany, benzyna z marihuany, nawet kurwa domy z marihuany budują. Jako że ona tam w kilku stanach już jest legalna, to w tej branży się pojawiła kupa hajsu, ludzie domy pobudowali (z marihuany oczywiście), dzieci powysyłali na studia i mogli sobie wynająć ładny hotel w Waszyngtonie na konferencję

Druga rzecz, jaka która mnie zaskoczyła, to było, jak wyszedłem sobie pochodzić po okolicy, bo okazało się, że ze względu na to, że to jest tuż przy Pentagonie, to ta cała okolica się zwyczajowo nazywa Pentagon City. I tam prawie każdy budynek jest jakoś związany z wojskiem, bo to nie jest tak, że oni wszyscy tylko siedzą w tym Pentagonie, tylko w: SIEDZIBIE ZAOPATRZENIA CZWARTEGO REGIMENTU KAWALERII POWIETRZNEJ, BIURZE REKRUTACJI TRZYNASTEGO BATALIONU PIECHOTY, BARZE POD ARMATAMI itd. Właśnie ze względu na to, co drugi typ na ulicy jest w mundurze i albo właśnie idzie na służbę, albo z niej wraca

Ja po kilku godzinach postanowiłem też wrócić, ale nie na służbę, tylko do hotelu. Odkryłem, że przez pod moją nieobecność przekrój społeczny gości mocno się zmienił, bo okazało się, że tego wieczoru tam będzie bal regularnych amerykańskich marines. Jedną trzecią obecnych stanowili więc żołnierze w mundurach, drugą trzecią ich partnerki w sukniach wieczorowych, a trzecią marihuanowcy w koszulkach „LEGALIZE IT”

Wbijam do windy z dwoma typami, ewidentnie z konferencji marihuanowej, czarnym i białym, tacy w średnim wieku. Czarny wciska piętro siódme, biały dziewiąte, ja jedenaste. Jedziemy. Tak w połowie drogi biały mówi TYYYY, JA JEDNAK NA SZÓSTYM MIESZKAM i się rzucił, żeby nacisnąć guzik, ale że się spieszył, żebyśmy nie minęli jego piętra, to niechcący wcisnął łapą jeszcze trzy inne guziki, w tym kurwa ten z ikoną dzwoneczka, czyli że alarmowy. Zawsze się zastanawiałem, co się stanie, jak się to wciśnie, ale się dygałem sprawdzić, więc teraz moja ciekawość została zaspokojona i winda się zatrzymała między piętrami. Myślałem, że zaraz się przez mikrofonik zgłosi typ z obsługi, my powiemy HEHE POMYŁKA, ŹLE SIĘ TEMU TYPOWI PRZYCISKŁO HEHE, obsługa nam powie HEHE SPOKO, ZDARZA SIĘ i pojedziemy dalej. No to stoimy i się patrzymy na mikrofonik, ale głos nie dobiega

Jak czekaliśmy na ratunek, to tych dwóch typów zaczęło gadać, skąd są, co tu robią itd. No i ten czarny mówi, że się urodził w biednej dzielnicy i handlował hehehuaną, jak kiedyś była nielegalna, a do tego jakiegoś czarnego Sebę od nich z osiedla przy tym postrzelił pistoletem i poszedł na osiem lat do więzienia. Jak siedział w tym więzieniu, to brat przejął po nim interes, ale jakiś zupełnie inny Seba go postrzelił innym pistoletem, z tym, że znacznie skuteczniej, bo na śmierć. Wtedy on pomyślał, że jak wyjdzie z tego więzienia, to tego Sebę centralnie zapierdoli w ramach zemsty za brata, ale miał do odsiedzenia jeszcze z pięć lat, więc musiał trochę poczekać. W międzyczasie w więźniu często chodził do kościoła, i wychodził w końcu tak, że odnalazł Naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa i mu przeszła ochota na strzelaniny i porachunki, i jak wyszedł, to zaczął działać w takiej organizacji charytatywnej, gdzie są właśnie same takie stare, nawrócone gangusy, co mówią NASZEGO PANA I ZBAWICIELA zamiast po prostu JEZUSA. Ta organizacja chodzi do młodych, nienawróconych gangusów i korzystając z tak zwanego RESPECTU posiadanego przez starych, nawróconych gangusów, tłumaczy im, żeby do siebie nie strzelali

Ten drugi typ, biały, mówi, że on go doskonale rozumie, bo on też siedział w kryminale. Było to tak, że był z jakiejś takiej miejscowości, że odkąd tam zamknęli fabrykę zderzaków do Forda, to można było iść tylko na bezrobocie albo do wojska, to on powiedział, że woli do wojska, bo miał nadzieję, że dadzą mu pojeździć czołgiem – o co na bezrobociu raczej trudno xD. Trochę potem go wysłali na wprowadzanie demokracji w Iraku i tam sobie jeździł. Co prawda nie czołgiem, ale tylko hummerem, więc ale zawsze coś. Trwało to do momentu, aż się nie wjebali na minę, zwaną w żargonie wojskowym I-E-D po angielsku lub AJ-I-DI po polsku. Hummer tak bardzo rozjebany, a wszyscy jego koledzy z wojska też tak bardzo rozjebani, z wyjątkiem jednego, który tylko stracił nogi, no i właśnie tego z windy, który tylko wyłapał odłamkami. Typ z windy się cieszył, że chociaż ten jeden kolega żyje, ale on raczej nie podzielał jego entuzjazmu i wkrótce, korzystając z liberalnych przepisów względem dostępu do broni palnej obowiązujących w USA, kupił sobie strzelbę i strzelił w głowę. Wtedy biały typ z windy się zupełnie załamał i zdiagnozowali u niego PTSD, czyli taką chorobę dla ludzi, co byli na wojnie albo mieli wypadek czy inną przykrość, że chodzisz i się cały czas boisz, i jesteś wkurwiony On żeby się tak ciągle nie bać, to chodził do barów i pił dla kurażu, a żeby się nie wkurwiać, to po wypiciu napierdalał po wypiciu ludzi po mordach w tych barach, aż w końcu go wsadzili do więzienia. Jak wyszedł z więzienia, to ktoś mu dał tej słynnej medycznej marihuany, żeby się wyluzował, i mu pomogło na tyle, że przestał napierdalać ludzi i zaczął jeździć po konferencjach, i opowiadać o zbawiennym wpływie konopi

Jak oni już opowiadali swoje historie, to minęło z 15 minut, a my ciągle stoimy zatrzaśnięci w tej windzie. Odwracają się do mnie i widać, że teraz moja kolej, żeby opowiedzieć o swoich błędach młodości xD. Ja już zimny pot, bo największy przypał, jaki za dzieciaka odpierdoliłem, to jak wybiłem sąsiadowi piłką szybę i musiałem potem iść i przepraszać. No przecież kurwa nie powiem czegoś takiego, bo by mnie pewnie wyprosili z windy (gdyby się dało otworzyć drzwi), więc na szybko wymyśliłem, że kiedyś kogoś potrąciłem samochodem po pijaku xD. Na nich to nie zrobiło większego wrażenia, bo widocznie każdy ich koleżka coś takiego odjebał, więc widząc brak aprobaty na ich twarzach, dodałem jeszcze, że potrąciłem moją własną babcię, pod moim własnym domem, a byłem tak najebany, że jej nie poznałem i uciekłem z miejsca wypadku xD, ale teraz już nie piję i jestem innym człowiekiem

Typy kiwnęły głowami z zadowoleniem, że mamy w windzie taką konkretną, nawróconą ekipę. To widocznie podniosło u nich morale, bo stwierdzili, że jak nikt nas nie ratuje, to musimy uratować się sami poprzez wyważenie drzwi. Ja byłem przeciwny, bo obawiałem się, że za nimi może być taka przepaść 10 pięter jak w filmach. Jako że USA jest kolebką demokracji, to w demokratycznych wyborach wynikiem 2:1 podjęta została decyzja o wypierdoleniu drzwi od windy z tak zwanego KARATA. Cofnąłem się pod ścianę, a oni na TRZY-CZTE-RY zajebali kopa, ale nic się nie stało poza tym, że zaczął piszczeć alarm. Po tym białym typie, co był w Iraku, było widać, że coś nie halo, jakiś taki spięty się zrobił i zaraz nam mówi, że w tym hummerze, co wjechał na minę, to tak samo było klaustrofobicznie jak w tej windzie, a jemu po wybuchu tak samo piszczało w uszach, jak teraz piszczy ten alarm, i on tego nie wytrzyma, bo mu się wszystko przypomina. Myślę sobie, hohoho, no to ładnie, zaraz pewnie przejdziemy do fazy bicia po mordzie. Szczęśliwie dla mnie były żołnierz poznał już inne sposoby radzenia sobie z agresją i nie krępując się czujnikami dymu, wyciągnął blanta i go odpalił dla uspokojenia xD

Nakopcił w tej windzie, że ja pierdolę, ale wyszło nam to na dobre, bo zaraz obsługa hotelu wpadła ze strażakami i otworzyła. Według relacji moich kolegów z windy w USA jest to absolutnie normalne, że jak potrzebujesz pomocy, to nikogo nie ma, a jak zapalisz blanta, to od razu się zlatują wszystkie służby mundurowe. Pożegnaliśmy się, życząc sobie wzajemnie siły w wytrwaniu na dobrej drodze, i każdy poszedł w swoją stronę

Wchodzę do swojego pokoju, mojego ziomka tam akurat nie było, rozglądam się po pomieszczeniu i myślę, nie no kurwa, czy to możliwe, żeby się tak najarać z samego powietrza w windzie? Muszę nadmienić, że z hehehuaną nie miałem nigdy specjalnie do czynienia, ostatni raz w liceum, czyli kilka ładnych lat wcześniej. Położyłem się na łóżku i czułem się dziwnie, a potem doszedłem do wniosku, że jak zaraz czegoś nie zjem, to na 100% umrę, więc postanowiłem zejść na dół do bufetu

Jak już się nawpierdalałem do oporu zimnych przekąsek, to poszedłem przed hotel zapalić szluga na świeżym powietrzu, żeby oczyścić umysł. Po różnych hotelach, lotniskach i biurowcach mam taką refleksję, że jaranie szlugów to obecnie chyba najbardziej sprawiedliwa społecznie czynność na świecie. Kiedyś na przykład, zanim się w ogóle pojawiłem na świecie, jak jeszcze można było jarać w samolotach, to taki biznesmen sobie siedział w biznesklasie i palił, a normalny człowiek sobie siedział i palił w mniejszym fotelu w klasie ekonomicznej. Teraz, jak już nigdzie nie można jarać, to obydwaj stoją na w tej mikro budce dla palących na lotnisku ściśnięci w 20 osób i jarają razem. Nie ma lepszych i gorszych palarni, wszyscy egalitarnie stoją w chujowych. Nawet jak ktoś sobie leci własnym odrzutowcem, to sobie nie zajara, bo kiedyś czytałem wywiad z jakimś polskim pilotem, co taki odrzutowiec prowadzi, i on opowiadał, jak raz za jaranie wyjebali jakiegoś szejka arabskiego z samolotu (w sensie na lotnisku, nie w powietrzu xD), chociaż im obiecywał góry złota za jednego szluga. Tak samo pod biurowcem: deszcz napierdala, śnieg napierdala i wszyscy razem stoją stłoczeni, żeby było cieplej. Przychodzi taki prezes wielkiej korporacji, staje obok ciebie i prosi o ognia, a jak sczai, że ty czaisz, kim on jest, to jeszcze ci się zaczyna tłumaczyć, że on tak na co dzień nie pali, tylko akurat miał ciężki dzień. W kwestii cen szlugów też nie ma jakichś wielkich nierówności społecznych, bo między fajkami tanimi a drogimi jest 2,50 złotych różnicy, więc każdy może sobie od czasu do czasu na odrobinę luksusu pozwolić. Jak na przykład Pudelek publikuje zdjęcia: MAŁGORZATA ROZENEK PRZYŁAPANA NA DYMKU, to ona tam nie pali jakichś fajków ze złota i diamentu, tylko normalnie LM-Y CIENKIE KLIKANE za 14,70, zapewne takie same zapewne jak jej sprzątaczka. Czytałem gdzieś, że 30% papierosów na polskim rynku ma nielegalne źródło pochodzenia, więc pewnie w ogóle jest tak, że niejeden bogacz nieświadomie albo świadomie pali szlugi przemycane z Białorusi, czy robione w jakiejś stodole pod Białymstokiem, i też jest zadowolony

Sytuacja pod hotelem utwierdziła mnie w tym przekonaniu, bo dookoła jednej popielniczki stało kolektywnie jakieś 50 osób (i żołnierze, i ci od marihuany) i wszyscy się integrowali. Jedni w mundurach, drudzy w tych koszulkach „LEGALIZE IT”, ale kasłali razem, a nawet dochodziło do nieoficjalnego handlu, bo żołnierze wynosili jaraczom z tego swojego balu drinki, a tamci w zamian, jak sierżant nie patrzył, dawali im złapać bucha. Z rozmów zasłyszanych od uczestników konferencji konopnej zrozumiałem, że jest organizowany balet dla marihuanistów, który będzie polegał na tym, że pod tym słynnym Kapitolem (w sensie parlamentem) w Waszyngtonie będzie ustawiona scena z muzyczką i można sobie pójść się najarać i potańczyć. Kilka lat wcześniej u nas w Polsce była inba, jak Palikot jarał pod sejmem w ramach protestu, więc może w końcu to Amerykanie coś skopiowali od nas xD

Tymczasem na szluga sobie przyszedł oficer marines, który od normalnych marines na balu różnił się tym, że miał przy boku paradną szablę, taką z prawdziwego zdarzenia. Zaraz któryś jaracz do niego podszedł i mówi, ale zajebista szabla, ziomuś, daj zobaczyć. Tamten mu dał, a ja już wiedziałem, jak to się skończy, bo sam kiedyś przyniosłem do podstawówki scyzoryk, co dostałem od dziadka, i jak poszedł po klasie, żeby każdy sobie zobaczył, to już nie wrócił. Ten oficer tego nie mógł tego wiedzieć, bo nie chodził ze mną do podstawówki, ani tym bardziej nie znał mojego dziadka, więc zaraz stało się to, co stać się musiało, czyli EJ DAJ POPATRZEĆ, EJ DAJ POTRZYMAĆ i szabli nie ma xD

Oficer się mocno podkurwił, że to jest szabla po jego ojcu, który też był żołnierzem i walczył na trzech różnych wojnach, więc ma się natychmiast kurwa znaleźć. To było żądanie rzucone trochę w przestrzeń, bo pod tym hotelem panował oporowy kociokwik. Wspominałem na początku, że miasto Waszyngton jest położone w trzech różnych stanach, a nasz hotel był akurat na granicy dwóch z nich – Dystryktu Kolumbia i Virginii. Więc widzicie, nie jest tak, że jeden taksówkarz sobie może jeździć po całym mieście na jednej licencji, bo ma ją tylko na jeden stan – tak jak u nas taryfiarz z Warszawy sobie nie może pojechać sobie jeździć po Krakowie. Od razu by mu urwali lusterka i opony przebili, i podjebali go do Inspekcji Transportu Drogowego. Sytuacja była więc taka, że jak chciałeś jechać spod Białego Domu na lotnisko, to musiałeś się pod naszym hotelem przesiąść się z jednej taksówki w drugą, bo ta pierwsza nie mogła legalnie jechać dalej. W efekcie co minutę koło nas zatrzymywało się z 10 taryf, z których ludzie się przesiadali do innych, dodajcie do tego gości hotelu, plus przechodniów, plus żołnierzy, plus jaraczy. No rozpierdol totalny. W tym chaosie oficer zaczął startować z łapami już do jakiegoś zupełnie innego typa, który moim zdaniem tej szabli nawet nie dotknął xD

Wtedy wychodzi z hotelu mój ziomek z pokoju i mówi, że wszędzie mnie szukał, a zadzwonić nie mógł, bo roaming drogi xD, i dawaj, jedziemy na ten melanż pod Kapitol/Kongres/Senat. Jak wspominałem, taksówek było dużo, więc złapaliśmy jeszcze jakichś dwóch losowych typów, żeby było taniej, i we czterech sobie pojechaliśmy, zostawiając awanturę za sobą. Dojeżdżamy na melanż, który był o tyle śmieszny, że wyglądał bardzo hipisowsko, a odbywał się w środku bardzo poważnego miasta, i to pod budynkiem, gdzie zapadają bardzo poważne decyzje – chociaż żadnych kongresmenów w środku już nie było, bo był wieczór xD. Kupiłem sobie browar, podchodzę pod scenę, gdzie grano muzykę, trochę taką psychodeliczną, jak na tych festiwalach, które opisywałem w wakacje, a trochę taką reggae, i nagle widzę jebanego Bohuna z Ogniem i Mieczem, tylko złożonego z mniejszej ilości muskulatury, a większej ilości marihuany xD. Jakiś typ ostrzyżony tak na hipstera, czy jak się wtedy mówiło – na Skrillexa (z boków na zero, a na górze na długo), bez koszulki, najarany jak bąk się wygina w rytm muzyki, dzierżąc szablę xD

Mając w pamięci, jak przykro było mi w podstawówce z powodu zaginionego scyzoryka, podbijam do niego i mówię, że to jest szabla jednego oficera marines od nas z hotelu i żeby lepiej mu ją oddał, bo on już tam ludzi chce o nią bić. Ten typek mówi, że nie wie jakiego oficera, bo on ją tu znalazł na trawniku – widocznie ktoś inny ją przywiózł taksówką, a potem mu się znudziła, to wyjebał xD. Zakładając, że w Waszyngtonie to jednak szable nie leżą na ulicy, więc to nie jest jakaś szabla przypadkowa, tłumaczę mu, o co chodzi, ale zaraz przestało to być koniecznie, bo widocznie ten oficer wydobył od kogoś tymi słynnymi rozszerzonymi technikami przesłuchań informację, gdzie może się znajdować jego własność, bo wyskoczył z nagle z taksówki z dwoma jeszcze dwoma żołnierzami i leci na nas leci, krzycząc, że tego typa zapierdoli. Widać było, że chłopacy byli przeszkoleni, bo jeden leciał z prawej, drugi z lewej, a oficer atakiem frontalnym xD. Stosunek sił rozkładał się tak, że Bohun może i miał broń, ale za to oficer był w stanie po wypiciu alkoholu i gotowy do walki na śmierć i życie, więc Bohun spanikował i zaczął z szablą spierdalać. Nie miał jednak zbytnio gdzie, bo żołnierze -przydupasy oficera już nas oflankowali, więc Bohun uciekł do sadzawki xD. Tam pod Kapitolem są takie sadzawki/ oczka wodne/baseniki, no nie wiem, kurwa, jak to nazwać, takie głębokie do kolan. Można sobie zobaczyć na zdjęciu w internecie, jak ktoś chce

Więc Bohun/Skrillex się do tego czegoś wpierdolił i ucieka jak najdalej od żołnierzy, którzy się zatrzymali na brzegu, żeby sobie nie pomoczyć tych paradnych mundurów, i z lądu prowadzili wojnę psychologiczną, polegającą na tym, że mu przeokrutnie cisnęli, co sprawiało, że uciekał jeszcze dalej xD

Jak był w już chyba w połowie tej sadzawki, to nagle pojawiła się policja. O ile panuje takie przekonanie, że w Ameryce każdy policjant nosi karabin i do ciebie strzela, jak zapomnisz włączyć kierunkowskazu w samochodzie, to na pewno nie tyczy się to policjantów w Waszyngtonie. Ci wyglądają trochę jak ochroniarze w Galerii Mokotów w Warszawie, albo Galerii Krakowskiej w Krakowie: jeżdżą na seagwayach i opierdalają turystów, żeby nie deptali trawników, i gołębie, żeby nie srały. Nawet normalnych pistoletów nie mają, bo poważnymi rzeczami to tam się zajmująe FBI i Secret Service, więc jak zobaczyli tego półnagiego typa biegnącego z szablą przez sadzawkę, to go nie odstrzelili z dystansu, tylko też się wpierdolili do wody i zaczęli do niego biec, krzycząc RZUĆ BROŃ, tylko po angielsku. Tamten widocznie myślał, że oni są w sojuszu z marines, bo nie rzucił, tylko spierdalał dalej. Policjanci go już prawie dogonili i wtedy jeden z nich wyciągnął TASER, czyli taki paralizator, który strzela takimi kabelkami z prądem i działa na odległość, ale małą. Krzyknął jeszcze raz, żeby nie było xD, a potem zapierdolił z tego paralizatora

Nie wiem, czy was mame uczyła, żeby nie suszyć suszarką głowy w wannie z wodą, bo może być nieszczęście. Mnie uczyła, ich widocznie nie, bo jak prąd z tasera jebnął po wodzie, to złożył się Bohun, tych dwóch policjantów i jeszcze cztery kaczki, co pływały obok. Ci marines tam wskoczyli i ich wyciągnęli, żeby się nieprzytomni nie potopili xD. Zastosowali jakieś techniki pierwszej pomocy, a zaraz przyjechała karetka i wszystkich, zabrała do szpitala – z wyjątkiem tych kaczek xD. Oficer marines potem jeszcze przez pół godziny chodził po sadzawce bez spodni i przy rytmach reggae szukał szabli, ale nie wiem, czy ją znalazł, bo potem na nasz melanż przyjechali dwaj policjanci na seagwayach i powiedzieli, że koniec melanżu i mamy iść do domu, bo nie dość, że zrobiliśmy inbę z tą sadzawką, to jeszcze depczemy trawę xD

Otwórz jako osobną stronę →
Paulina, Patolog i pies

Siedzę w kuchni i jem obiad, okno otwarte na oścież, bo ciepło, i nagle pod blokiem jakiś typ zaczyna piłować ryja:

PAULINA!

PAULINAAA!

PAULINAAAAAAAA!

Przywołało mi to wspomnienia z dzieciństwa, jak jeszcze nie było komórek i tak się wywoływało kolegów na granie w gałę, ale przecież teraz są komórki, więc dziwna sprawa. Myślę, że może typowi bateria padła albo szybka pękła, a wymiana droga, ale zaraz się okazało, że to jednak jakaś grubsza opcja, bo nawoływacz dodał:

KTO CIĘ DYMA, JAK MNIE NI MA?!

I od początku: PAULINA! KTO CIĘ DYMA, JAK MNIE NI MA?!

I tak raz za razem. Pomyślałem, że to typowy osiedlowy zawód miłosny, typ się najebał, bo w końcu długi weekend, pokrzyczy z pięć minut, żeby upuścić nieco goryczy ze złamanego serca, i sobie pójdzie na kebaba albo automaty.

Ale nie. PAULINA, KTO CIĘ DYMA, JAK MNIE NI MA?! – krzyczał już kurwa z 20 minut, aż zaczęło mnie intrygować, kim jest rozpustna Paulina i kto w istocie rzeczy ją dyma. Postanowiłem pójść na dół popatrzeć, co się dzieje, ale jako że w Polsce za patrzenie na różne rzeczy można dostać wpierdol, to postanowiłem przy okazji wyrzucić śmieci, chociaż kosz był prawie pusty – żeby wyglądało, że od tak sobie idę do śmietnika i po drodze niby przypadkiem zobaczę co i jak, ale niby mnie to zbytnio nie interesuje. Wyrzucanie śmieci to u nas, obok grillowania, czynność na tyle usankcjonowana społecznie, że w jej trakcie się wpierdolu nie dostaje, a przynajmniej ja się nigdy nie spotkałem z taką sytuacją.

No to wziąłem worek i idę na dół. Wychodząc z klatki, odpalam szluga, i okrążam blok. Jak zobaczyłem typa, któremu rogi przyprawiła Paulina, to już wiedziałem, że będzie grubsza inba.

Wiecie jak wygląda Ninja z Die Antwoord? Jak ktoś nie wie, to niech sobie wpisze w Google’a i zobaczy. W każdym razie jakby Ninja z Die Antwoord nie mieszkał w Kalifornii czy tam RPA, tylko w Polsce na skrzyżowaniu Konopnickiej i Wyzwolenia, i nie był raperem, tylko w czasie awantury domowej by zabił konkubinę siekierą i poszedł za to na 20 lat do więzienia, toby potem wyglądał jak ten typ xD. Patolog na 1000%, na mordzie wydziarane jakieś kropki i sztylety, na szyi blizna, jakby ktoś mu próbował poderżnąć gardło, na łydce wytatuowane HWDP itd. Na oko miał z 50 lat, z czego większość ewidentnie spędził w różnego rodzaju instytucjach izolujących go od społeczeństwa. Jego kolekcja patologicznych tatuaży, blizn i innych znamion – jak określił to Peja – życia kureskiego, była wyeksponowana bardzo dobrze, bo był tylko w klapkach i krótkich spodenkach, z których kieszeni wystawało nadpite pół litra. No i jeszcze, co ciekawe, miał ze sobą łopatę za pomocą której, jak sądziłem, zamierzał zakopać ciało niewiernej Pauliny i jej kochanka, gdy już ustali, kto nim jest xD. Wkrótce okazało się jednak, że łopata nie miała służyć do zakopywania kogokolwiek, a wręcz odwrotnie.

Gdy patolog zobaczył mnie idącego ze śmieciami i szlugiem, to zawołał, że ej młody, daj szluga, bo się wkurwiłem. Oczywiście dałem, bo obawiałem się, że w przeciwnym razie moje szczątki spoczną w zbiorowej mogile z Pauliną i jej gachem xD. Patolog odpalił szluga, zaciągnął się, wypuścił dym, zadumał na sekundę, po czym rozwiązał zagadkę, która w tym momencie frapowała już pewnie wszystkich mieszkańców bloku.

JA WIEM, KTO CIĘ DYMA! DYMA CIĘ TEN ZBOCZENIEC, PEDOFIL I KULFON!

Chciałem delikatnie zapytać, po co drze ryja od pół godziny, skoro wie, kto dyma Paulinę, ale w tym momencie na jeden z balkonów na pierwszym piętrze wyszedł rzeczony pedofil i zboczeniec, który widocznie poczuł się wywołany do tablicy i krzyknął, że Patolog sam jest kulfon, a on Paulinę będzie dymał, ile będzie chciał, bo to jego żona. Patolog na to krzyczy, że tak, to zejdź tu kurwo na dół, to zobaczymy, a Pedofil krzyczy, żeby to on wszedł na górę, to wtedy zobaczymy. Ten wpierdolowy pat trwałby pewnie tyle co bitwa nad Sommą, gdyby na balkon nie wyszła Paulina we własnej osobie, żeby zapytać Pedofila, co tu się odpierdala. Patolog jak ją zobaczył, to powiedział EEEE, TO NIE TA PAULINA, TYLKO INNA, SORY XD. Paulina z mojego bloku okazała się więc zupełnie porządną kobietą, a Pedofil najpewniej wcale nie był zboczeńcem ani tym bardziej pedofilem.

Patolog patrzy na mnie, potem na mój worek ze śmieciami i mówi, że worek prawie pusty. To ja potwierdzam, że owszem, jakiś bardzo pełny to nie jest. Patolog na to, że TO SIĘ ELEGANCKO SKŁADA, CHOĆ MŁODY NA CHWILKĘ ZE MNĄ TU KAWAŁEK, BO MUSZĘ KURWA PSA WYKOPAĆ, A NIE MAM GO KURWA W CO WZIĄĆ POTEM. Nawet gdyby brzmiało to mniej abstrakcyjnie, to i tak nie miałbym pewnie ochoty nigdzie z półnagim Patologiem chodzić, więc mówię, że niestety jestem zajęty, ale on powiedział NO DAWAJ KURWA, JAK CIĘ CZŁOWIEK PROSI, więc już nie miałem zbytnio wyjścia xD. Idąc odkopywać psa, poznałem zarówno historię tej misji, jak i szczegóły sprawy z Pauliną.

Z Pauliną było tak, że była konkubiną Patologa przed jego ostatnim pobytem w więzieniu, który trwał aż siedem lat i był konsekwencją pobicia towarzysza libacji ze skutkiem śmiertelnym. Jak Patolog przekraczał bramę zakładu karnego, to Paulina obiecywała, że będzie na niego czekać, ale widocznie przez te siedem lat zmieniła zdanie, bo jak wyszedł kilka miesięcy temu z więzienia, to nigdzie jej nie było. Dzisiaj spotkał pod sklepem jakiegoś koleżkę, który powiedział mu, że Paulina podobno mieszka na osiedlu obok, czyli u mnie, jednak nie sprecyzował adresu. Planem Patologa było więc pójście pod każdy blok na moim osiedlu (a akurat w drodze po psa przechodził koło mojego) i nawoływanie Pauliny, aż ta sama się zdekonspiruje, ale jak widać nie wziął pod uwagę, że kobiet o tym imieniu może być więcej xD

Z psem sprawa była jeszcze bardziej kuriozalna, a przedstawiała się następująco – Patolog miał sąsiadkę, która nazywała się TA STARA Z PARTERU. Sąsiadka miała psa, a właściwie sukę, która nazywała się Picia. Picia była jedynym towarzyszem życia sąsiadki, która owdowiała dekadę temu, a dzieci to wiadomo, już na swoim, życiem zajęte. Picia kilka tygodni wcześniej zdechła, a sąsiadka nie czując się na siłach fizycznych ani psychicznych do własnoręcznego zakopania suczki, najęła do tej pracy Patologa, który za przeprowadzenie pogrzebu przyjął korzyść rzeczową w postaci pół litra wódy. Sąsiadka jednak tak bardzo tęskniła za Picią, swoją jedyną towarzyszką, że pies zaczął nawet objawiać się w jej snach i rozmawiać z nią po polsku. W tej sytuacji sąsiadka zdecydowała się na krok radykalny i poprosiła Patologa, żeby Picię wykopał i przyniósł z powrotem xD. Patolog się zgodził, ale że tym razem zlecenie było znacznie bardziej nietypowe, to za wykonanie go zażądał aż litra wódy, w tym pół litra płatnego z góry, bo inaczej nie powie, gdzie jest pies pogrzebany, jak to się mówi xD. Wystająca z kieszeni flaszka stanowiła pierwszą transzę zapłaty.

Gdy słuchałem tych opowieści, zdążyliśmy już dojść na miejsce pochówku Pici, czyli do nieużytku pomiędzy aleją Wilanowską a torem łyżwiarskim „Stegny” w Warszawie. Teraz już tam budują gdzieniegdzie jakieś nowe osiedla, ale ogólnie większość to nadal dzikie pola. Patolog zaczyna kopać, z 10 minut machał łopatą, ale nic nie ma, to mówi, weź młody tu pokop z boku bardziej, bo ja się zmęczyłem. Jako że byłem w odludnym miejscu sam na sam z typem, który już kiedyś kogoś zabił, to wolałem nie wspominać, że miałem tu być tylko w charakterze posiadacza prawie pustego worka na śmieci, tylko wziąłem się za kopanie xD, zresztą również bez skutku. Potem Patolog powiedział, żebym dał łopatę, bo to chyba jednak bardziej w drugą stronę, i faktycznie po kilku wbiciach łopaty zaczęło jebać jak ja pierdolę, co wskazywało, że ekshumacja zmierza we właściwym kierunku.

A propos ekshumacji, to dosłownie pięć minut na piechotę od miejsca, w którym kopaliśmy, kiedyś kopał IPN, bo tam w latach czterdziestych i pięćdziesiątych UB potajemnie zakopywało swoje ofiary. Cały czas miałem nadzieję, że i my jednej z tych ofiar nie odkopiemy, bo Patolog zdecydowanie wyglądał na człowieka zdolnego do zapakowania w mój worek na śmieci szczątków jakiegoś AK-owca i wciśnięcia ich swojej sąsiadce jako Pici w zamian za kolejne pół litra, a ja mimo wszystko nie czułbym się komfortowo, biorąc udział w takim procederze xD

Po chwili kopania było już jednak pewne, że odkopaliśmy tylko jamnika w umiarkowanym stadium rozkładu. Jebało tak, że kurwa oczy mi zaszły łzami i prawie wyrzygałem ten obiad, co dopiero zjadłem xD. Patolog jebnął jeszcze solidnego grzdyla wódy, po czym załadował Picię na łopatę, a potem do mojego worka, który szczelnie zawiązał. Z tym pakunkiem wyruszyliśmy do sąsiadki po zapłatę. Po drodze zastanawiałem się, które wydarzenia z mojego życia doprowadziły do sytuacji, w której idę przez miasto z recydywistą mordercą, zgniłymi zwłokami psa w worku na śmieci i łopatą, żeby dostać od jakiejś starej baby pół litra, i to nawet nie dla mnie xD. Kolejną rzeczą, która mnie trapiła, było to, że mam uczulenie na pyłki, najgorsze właśnie w czerwcu, więc większość moich śmieci stanowiły zużyte chusteczki, bo mi cieknie z nosa jak sąsiadka wyjmie Picię z worka, to sobie pomyśli, że jestem jakimś nałogowym onanistą xD – ale potem pomyślałem, że to ona chce trzymać w domu rozkładające się zwierzęta, więc jeżeli ktoś się tu powinien wstydzić, to na pewno nie ja xDDD

Doszliśmy do bloku Patologa, sąsiadka wychodzi na klatkę, łapie kurwa ten worek i zaczyna go przytulać PICIA! MOJA PICIA KOCHANA! Myślę sobie, srogie grzyby kurwa. Wtedy z mieszkania na przeciwko wychodzi jakaś baba i mówi

CZYLI JEDNAK SIĘ PANI ZDECYDOWAŁA WYKOPAĆ PANI MALINOSKA? JA TAM SIĘ PANI NIE DZIWIĘ, JAK MOJA TEKLA ZDECHŁA, TO TEŻ BARDZIEJ TĘSKNIŁAM NIŻ ZA MOIM STARYM, JAK UMARŁ. BO PIES, PROSZĘ PANI, TO KOCHA BEZWARUNKOWO.

Otwórz jako osobną stronę →
Kwasowy festiwal

Mam taki obyczaj, że lubię jeździć na rowerze. W wakacje najbardziej, bo nie dość, że pogoda dobra, to jeszcze mam dużo wolnego, więc sobie biorę na rower namiot i jadę do Kutna, Dąbrowy Górniczej, Grudziądza, czy gdzie mi się tam kurwa zachce. No i teraz wyszło tak, że dojechałem nad Bałtyk. Usiadłem na wydmie, odpaliłem browara i patrzę na fale. Tak się mówi, że u nas nad morzem to zajebane ludźmi, parawany, dzieci srają na piasek etc., ale to albo nieprawda, albo ja byłem w jakimś mało uczęszczanym miejscu, bo na tej plaży u mnie to nie było centralnie nikogo.

 

Tę sielankę przerywa telefon, dzwoni ziomek, siema, co tam, jak tam, to mówię, że nad morzem jestem, a on mówi, że też. Okazuje się, że jest na jakimś festiwalu i ktoś tam od niego z ekipy nie przyjechał, i ma wolną wejściówkę, którą mi może opchnąć za pięć dych, a normalnie to kosztuje ze 150 złotych, i to w przedsprzedaży, a potem to nawet 200. Teraz muszę nadmienić, że na takie wyprawy to jeżdżę na mocno ograniczonym budżecie, śpię gdzieś na dziko po krzakach i wpierdalam chleb z kiełbaso, więc nawet jakby do mnie zadzwonił ziomek, że jest w Zakopanem i ma dwa browary i pół paczki szlugów do oddania, to pewnie bym pojechał, a co dopiero jak mogę być 150 złotych do przodu za przejechanie się 60 kilometrów, to normalnie więcej zarobię niż taksówkarz na tej trasie (chyba że jeden z tych słynnych taksówkarzy z Krakowa, co ruchają turystów, że ktoś wsiada pod dworcem, a potem się okazuje, że była naklejka na szybie, że 100 złotych za kilometr, bo taki to zarobiłby 6000 albo więcej, jakby najebany Anglik był).

 

Pojechałem więc na ten festiwal. Od razu powiem, że nie zdradzę miejscowości, żeby tu się policja nie wpierdoliła, bo wydarzenie jest co roku, a zaraz się dowiecie, że mieliby powody xD. Jadę lasem, już blisko powinno być, nagle drogą idzie typ bez koszulki, za to ze swastyką namalowaną na klacie, i do mnie mówi POKÓJ Z TOBĄ, BRACIE. Myślę sobie, no ładnie kurwa, powinienem był dopytać, co to za festiwal, bo wygląda na to, że to taki Open’er, tylko bardziej dla neonazistów xD, że się spotykają w lesie, żeby ich bagiety nie dojechały i nie trzeba się było tłumaczyć, że oni nie hajlowali tylko zamawiali pięć piw, a typ do mnie mówił BRACIE, bo tak się złożyło, że też jestem biały, a oni są z jakiegoś Bractwa Aryjskiego jak w więzieniach w Ameryce. To by u nas w Polsce było trochę dziwne, bo w więzieniach w Ameryce to mają też Latynosów i Czarnych (i chyba Indian), więc jakieś tam różnice są, a u nas to trochę pojebane, żeby mieć taką tajną organizację, do której należą centralnie wszyscy, z wyjątkiem typa z kebaba, panny z chińczyka i jakiegoś studenta z Erasmusa. Trochę strachłem, bo mordę mam polską, szczególnie że się opalam na czerwono, ale nazwisko takie trochę niemiecko- -żydowskie, więc jak będą na wejściu na festiwal sprawdzali dowody, to obskoczę wpierdol już na samym początku. Ale trudno, jak już 59 kilometrów przejechałem i mogę 150 zł zaoszczędzić, to sprawdzę co i jak, tylko najwyżej nie będę hajlował.

 

Podjeżdżam do bramy ośrodka, w którym wydarzenie się odbywa, i już na początku coś mi nie gra, bo według moich przekonań tak zwana identyfikacja wizualna takiego wydarzenia powinna być utrzymana w duchu estetyki surowej – jakieś flagi czarne, krzyże celtyckie, groźne napisy wymierzone w zdrajców narodu itd., a tutaj tak bardziej hipisowsko, że kwiatki, motyle i fraktale. Wydzwoniłem ziomka, on mi wyniósł tę wejściówkę za pięć dych, a nie 150–200 zł jak normalnie i wbijam. No i się kurwa okazuje, że to jest festiwal kultury psychodelicznej, że wszyscy jedzą kwasy, palą blanty, przytulają się itd. Myślałem, że takie rzeczy to były we wspomnianej wcześniej Ameryce, gdzie oprócz wojen rasowych w więzieniach mieli też w latach 70. hipisów i ogólnie Kalifornię, że się jeździło takimi volkswagenami ogórkami i jebało wojnę w Wietnamie.

 

Okazuje się, że w Polsce 2017 też takie rzeczy są, tylko schowane, bo u nas za posiadanie substancji odurzających i środków psychotropowych grozi kara pozbawienia wolności do lat 3, a jak ktoś lubi biegać po lesie, to się powinien zapisać do harcerstwa albo obrony terytorialnej. Wtedy też skumałem, że ten typ z lasu ze swastyką, to ją pewnie miał namalowaną w takim wymiarze bardziej tradycyjnym, że azjatycki znak szczęścia i pokoju itd., a nie w naszym europejskim, koncentracyjno-ludobójczym. Kolorytu całej imprezie dodawał jeszcze fakt, że odbywała się ona w takim zajebiście PRL-owskim ośrodku. Wiecie, o co chodzi, domki model Wilga, wczasy pracownicze, na środku stołówkoświetlica z podłogą z lastryko i rozjebanymi piłkarzykami w kącie, od których piłka się zgubiła 20 lat temu, i od tego czasu chłopaki grają piłeczką od ping-ponga albo nawet zgniecioną kartką. Ziomek mi mówi, że mogę sobie rozbić namiot, gdzie będę chciał, a on w międzyczasie skoczy coś ogarnąć, więc upatrzyłem wolną przestrzeń pomiędzy domkiem „Izabela”, a domkiem o mało wdzięcznej nazwie 19A i tam poszedłem z bagażami.

 

Po drodze podbija do mnie typ, taki w średnim wieku, nawet normalnie wygląda w porównaniu do reszty ludzi i zagaduje po angielsku WITAJ, PRZYBYSZU. Jako że kiedyś robiłem w UK, to angielski znam, i mu odpowiadam, że też witaj, a on się mnie pyta, jakie jest moje zwierzę mocy, bo nie wie, czy możemy się zakolegować. To ja pytam, czy mu chodzi o znak zodiaku, a on się aż czerwony zrobił i zaczyna się pruć, że znaki zodiaku to chuj oszustwo i tylko kalendarz Majów jest legitny, i wyznaczone na jego podstawie zwierzęta mocy. Jak dla mnie to kalendarz Majów się zdezaktualizował w 2012, jak miał być według niego koniec świata, a jednak nie było, ale typ się bardzo zbulwersował, a jeszcze w łapie trzymał totem, w sensie kij z doklejonymi szyszkami, i się bałem, żeby mi nim nie wyjebał w sagan za tych Majów. Podałem mu więc swoją datę urodzenia w systemie polsko- -katolickim, a ten wyjął telefon, odpalił kurwa aplikację do obliczania rzeczy na podstawie kalendarza Majów i mi wyliczył, że moim zwierzęciem mocy jest gołąb, więc możemy się zaziomować. To po raz kolejny rozbudziło mój sceptycyzm, bo według mojego stanu wiedzy Majowie jak mieszkali w dżungli, to w ogóle nie mieli gołębi, tylko papugi i tym podobne, więc jak niby mogli je komuś przypisywać według daty urodzenia, ale w sumie się ucieszyłem, że mam nowego kolegę, i to kompatybilnego według tak egzotycznych czynników jak zwierzęta mocy.

 

Zaczynam z typem gadać, co ogólnie robi w życiu, i po serii odpowiedzi typu ŁĄCZĘ PRZESTRZENIE MIĘDZYASTRALNE czy DWA WCIELENIA TEMU BYŁEM OKONIEM udało się ustalić, że był jakimś bankowcem w Liverpoolu, a jak gospodarka pizgnęła w 2008, to go wyjebali z banku, czy gdzie tam pracował, ale dostał w ramach jakiegoś zbiorowego wypowiedzenia z 300 koła funtów odprawy. W tym samym czasie poznał tam też Polkę, co pracowała w sklepie, i się zakochali, i wypierdolili z tym hajsem do Polski, gdzie on od 2010 (według kalendarza Polaków, nie Majów) siedział i ćpał w opór psychodelików, i rozkminiał te swoje pojebane opcje, aż mu tak zostało, że już nawet na trzeźwo w to wszystko wierzył. Na koniec mi jeszcze powiedział, że jak już się rozpakuję, to on po mnie przyjdzie i mnie zabierze w tajemne miejsce, gdzie mieszka Budda xD

 

 

Rozbiłem namiot i stwierdziłem, że pójdę na tę centralnie zlokalizowaną stołówkę coś zjeść. Wklejam do środka, a tam, jak wspominałem, Rzeczpospolita Ludowa na 100%, jakby zaraz miał się zacząć wieczorek zapoznawczy turnusu trzeciego, podczas którego panie proszą panów. Jest bufet, a za nim stoi pani bufetowa Bożenka, która tak stoi już z 40 lat, i mówi do jakiegoś typa TY SYNKU TO NA ZMARNOWANEGO MI DZISIAJ WYGLĄDASZ, CHYBA WCZORAJ PIGUŁY ŻARŁEŚ, MASZ TU ROSOŁKU NA WZMOCNIENIE.

 

Też sobie zamówiłem rosołu i dyskretnie zagaduję do pani Bożenki, jak się ona się odnajduje w tej całej sytuacji, bo chyba przywykła do innej klienteli. No i okazuje się, co następuje: Czasy świetności tego ośrodka wypoczynkowo-rekreacyjnego przypadały na połowę lat 80., a potem to było już tylko gorzej. W latach 90. jeszcze przyjeżdżało trochę klientów ze starych czasów, z przyzwyczajenia, ale potem to już mało kto, bo ci ze starych czasów mieli ciągle wizyty u lekarza itd. W latach dwutysięcznych ośrodek stał przed dylematem, że albo go kupią Francuzi, zburzą wszystkie domki typu Wilga i postawią spa, gdzie doba kosztuje z 500 złotych, albo się wszystko samo rozpadnie, bo nie ma hajsu na remonty. Wtedy do administracji ośrodka się zgłosił jakiś typ, że chce tu robić festiwal, bo miejsce takie klimatyczne i policji nie ma. No i zaczęli się zjeżdżać ci wszyscy kwasowicze, ale według słów pani bufetowej Bożenki JA TO NA POCZĄTKU SIĘ BAŁAM, ŻE NAĆPANI JACYŚ, NIE WIADOMO CO, ALE PÓŹNIEJ TO SIĘ DO TEGO PRZEKONAŁAM, BO PROSZĘ PANA NAĆPIĄ SIĘ I SIEDZĄ NA ZIEMI, MUZYKI SŁUCHAJĄ, A PO MORDZIE SIĘ NIE BIJĄ, PRZEZ TYDZIEŃ MAMY WSZYSTKIE DOMKI OBSADZONE, A NA BUFECIE TO TAKI UTARG, ŻE JAK KIEDYŚ PRZEZ CAŁE WAKACJE, BO PO JARANIU PROSZĘ PANA IM SIĘ ŻREĆ CHCE. RAZ TU BYŁ FESTIWAL JAKIŚ ROCKENDROLOWY, TO PROSZĘ PANA CHAMSTWO, BUTLE NA CHODNIKU POTŁUCZONE, PYSKOWALI, A CI TO POTULNI JAK TRUSIE. JAK PRZEDWCZORAJ JEDNEMU ZWRÓCIŁAM UWAGĘ, ŻE PET NA TRAWNIKU LEŻY, TO SAM Z SIEBIE 8 GODZIN CHODZIŁ I PO CAŁYM OŚRODKU WSZYSTKIE ZBIERAŁ. NAFETOWANY PEWNIE, JA JUŻ WIEM CO I JAK, W TYM ROKU TO MOŻE NAWET SAMA SOBIE DMT ZAPALĘ. Tak oto kultura psychodeliczno-narkotykowa zaczęła wspierać tradycyjny sektor wypoczynkowo-rekreacyjny.

 

Zjadłem rosół z makaronem i wracam do swojego namiotu. Jak podchodziłem, to mi się z krzaków wynurzył ten typ z Liverpoolu i mówi, dawaj, idziemy do Buddy. Prowadzi mnie jakąś ścieżką przez las, dochodzimy na schowaną miejscówę, gdzie są porozwieszane jakieś narkotykowe ozdoby i gra muzyka psytrance, i mi pokazuje drzewo z przyczepionym zdjęciem Jana Pawła II, umieszczone na zdjęciu poniżej, i mi mówi TU MIESZKA BUDDA.

 

To ja mówię, nie no kurwa, już bez takich, to z Majami jeszcze jakoś przełknąłem, ale to nie jest Budda, tylko nasz polski papież. Lewandowski już jest trochę Niemcem, to jeszcze się okaże, że Małysz jest kurwa Meksykaninem i już nikogo w ogóle znanego nie będziemy mieli, jak już nawet papież jest Buddą z Tybetu. To typ z Liverpoolu się tak wkurwił, że to obiektywnie nie jest Budda, że zignorował swoje wszystkie wkręty o byciu jednością przez wszystkie istoty i mi wyjebał totemem w cymbał, aż mu się szyszki poodklejały

Otwórz jako osobną stronę →
Budapeszt – Wawa

Skoro już weszliśmy w taki kolejowo-szynowy klimat, to jeszcze mi się przypomniało, jak kiedyś miałem w pociągu przejścia z pewnym sympatykiem „Gazety Polskiej” oraz jego nowo poznanym kolegą i współpasażerem, będącym jednocześnie wielkim nieprzyjacielem Cyganów xD

 

Tak mi się życie potoczyło, że podróżowałem pociągiem nocnym na trasie Budapeszt – Warszawa. Jak kto jechał, to wie, że to kiedyś była dobra opcja, bo jak się 3 dni wcześniej kupiło bilet, to kosztował tylko 120 zł. Nie wiem, czy dalej tak jest, ale to w sumie jest w tej historii nieistotne.

 

W każdym razie w pociągu było mało ludzi. Nie wiem, może teraz jakoś więcej jeździ, bo nadeszła ta słynna polityczna przyjaźń polsko-węgierska. Chyba że bilety jednak podrożały, to nie. Ale tego też nie wiem, jak już wspominałem.

 

Było mało ludzi, więc miałem cały przedział dla siebie, to się rozjebałem na cztery siedzenia i śpię. Nagle mnie budzi darcie mordy z korytarza:

 

KUUURWA CO TO MA BYĆ, NA SŁOWACJĘ NAS KURWA ZAWRÓCILI.

 

Wieść ta była o tyle niepokojąca, że zdecydowanie nie powinniśmy jechać na Słowację, bo jedzie się tak: Węgry – Słowacja – Czechy – Polska. A jak zasypiałem, to już się zaczynały Czechy, no to jak kurwa nagle Słowacja? Już się zdążyłem wkurwić, ale okazało się, że typ z korytarza, który był piewcą złej nowiny, to ma na nią dowody raczej z gatunku poszlakowych.

 

NIEMOŻLIWE, ŻEBY W CZECHACH TAKI BURDEL BYŁ, TO MUSI BYĆ SŁOWACJA.

 

Jak ktoś jechał kiedyś nocnym, nawet na trasie międzynarodowej, to wie, że zawsze w pewnym momencie zrobi się w nim trochę burdel, bo a to jakiś Mirek rzuci browara pod kiblem, a to się schabowe z kanapki komuś pokruszą na podłogę itd.

 

Tymczasem do tego typa z korytarza, który swoją drogą pochodził z przedziału przed moim, dołączył zaraz drugi typ, który był akurat kurwa z przedziału za moim, więc mi zaczęli robić dolby surround tym januszowym narzekaniem.

 

PÓŁ GODZINY PANIE STOIMY I NIC, OBSŁUGI ŻADNEJ NIE MA, CYGANIE LATAJĄ I KRADNĄ, W CZECHACH NIE DO POMYŚLENIA BY BYŁO.

 

Wtedy to i ja wychyliłem łeb z przedziału, bo chciałem wreszcie zobaczyć, jak na Cyganie czapka gore xD. Cyganów nie było, za to było tych dwóch Januszy – obydwaj koło sześćdziesiątki, jeden ubrany jak podejrzany wiceprezes spółdzielni mieszkaniowej (nadwaga, przyduży garnitur, zaczesane na łysinę siwe włosy, jakiś chujowy sygnet xD), drugi bardziej skrzyżowanie wędkarza z taksówkarzem, bo miał kamizelkę z kieszeniami, ale do tego takie buty z siatki jak oldskulowi taksiarze mają, żeby był przewiew xDDD

 

Pociąg z niewiadomych powodów stał na zapomnianej przez Boga, Czechów (tutaj jeden ze współpasażerów miał odmienne zdanie) i Cyganów (tutaj też) stacji, a ja słuchałem ich darcia mordy, które wkrótce pozwoliło mi lepiej zrozumieć te postacie. Wędkarzotaksiarz każdy temat starał się obrócić w jebanie PO i szanowanie PiS – uściślę, że to było w 2013 chyba, jak jeszcze PO rządziła.

 

PANIE, JAK KACZYŃSKI BYŁ PREZYDENTEM, TO TAKICH OPÓŹNIEŃ NIGDY NIE BYŁO (w Czechach kurwa xD).

 

Wiceprezes natomiast pozostawał niezainteresowany polityką, tylko ciągle wjeżdżał na cyganów: ZAŁOŻĘ SIĘ, ŻE CYGANIE TORY ROZKRADLI NA ZŁOM, NO ZAŁOŻĘ SIĘ KURWA.

 

Atmosfera się trochę uspokoiła, kiedy rybotaryfiarz zaczął opowiadać, jak to na Węgrzech jest teraz wspaniale, ale zaraz znowu dostał bólu dupy, że ŚWIATOWE ŻYDOSTWO JUŻ SIĘ NA PANA ORBANA GOTUJE ZA TO, ŻE IM OFE ZABLOKOWAŁ. Ten wywód przerwał wiceprezes

PATRZ PAN, PATRZ! CAŁA BANDA CYGANÓW LECI!

 

No to ja wtedy też się podekscytowałem, że już nawet nie jednego Cygana zobaczę, ale całą bandę, i wyskoczyłem z przedziału do okna, ale za oknem, kurwa, nikogo nie ma. Pytam, gdzie niby są ci słynni Cyganie.

 

O TAM, O TAM, MIĘDZY WAGONAMI LECĄ!

 

Patrzę, ciemne pole, żywej kurwa duszy, no kurwa rzeczywiście xD. Typ już z tymi Cyganami miał srogie grzyby xD

 

W międzyczasie ten taksiarz zaczął prezesa namawiać, żeby się do niego zapisał do Klubu „Gazety Polskiej” i założył konto na fejbsuku, to będą razem Tuskowi wrzucali w komentarzach, ale prezes pozostawał zainteresowany tylko tym, czy jak PiS wygra, to zrobi porządek z Cyganami na całej trasie Warszawa – Budapeszt, na co taksiarzowędkarz uczciwie mu odpowiedział, że tego nie może obiecać na 100%, ale na pewno będą naciskać na rząd Czech i Słowacji, a o Węgrów to się nie ma co martwić.

 

Nagle przyszło dwóch ochroniarzy. Janusze od razu do nich wyskoczyli z mordą. Ochroniarze im wytłumaczyli, że jesteśmy zgodnie z planem w Czechach, już przed samą granicą z Polską, i czekamy tylko, aż się zmieni obsługa pociągu, bo ta czeska już wysiadła, a polska jeszcze z jakiegoś powodu nie przyszła.

 

Ochroniarze mieli już na nich wyjebane i sobie poszli, więc duet znowu złapał ból dupy. Tym razem Klub „Gazety Polskiej” i siły antycygańskie połączyły się w tym, co potrafią najlepiej, i w ciągu pięciu minut wyprodukowali i przedyskutowali trzy konkurencyjne historie spiskowe:
1. Ochroniarze udają, że nie widzą Cyganów, bo się boją.
2. Ochroniarze udają, że nie widzą Cyganów, bo są z nimi w zmowie.
3. Ochroniarze udają, że nie widzą Cyganów, bo sami są Cyganami, na co koronnym dowodem miało być to, że jeden z nich BYŁ SPASIONY JAK CYGAN xDDD

 

Jak już się mocno nakręcili, to postanowili przejść od słów do czynów i wyruszyć przez pociąg w poszukiwaniu kogoś z obsługi do opierdolenia. Zniknęli na 10 minut, a jak wrócili, to ku mojemu zdziwieniu się zamknęli razem w przedziale i byli niespodziewanie cicho. Dopiero po chwili udało mi się podsłuchać ich rozmowę, z której wynikało, że znaleźli przedział obsługi pociągu, ale nikogo tam nie było, za to leżały jakieś dokumenty, więc im je zajebali z zemsty xDDD

 

Widzę przez okno, że w końcu idą ci jebani konduktorzy. Wbili do pociągu, myślę, że w końcu kurwa pojedziemy. Ale nie, teraz się kurwa zaczyna paniczne szukanie tych pierdolonych dokumentów – konduktorzy latają w tę i z powrotem jak pojebani, nie ma opcji żebyśmy bez tego ruszyli. Już taki byłem wkurwiony staniem na tym zadupiu, że chciałem Januszy sprzedać, ale zasady wpojone przez słuchanie Hemp Gru mnie powstrzymały. W końcu sami się obsrali ze strachu i poszli do konduktorów, tłumacząc, że oni tylko schowali dokumenty, żeby były bezpieczne, bo Cyganie chcieli ukraść.

 

Jeszcze kretyni pierdoleni wydzwonili policję, jak wjechaliśmy do Polski, BO TAK NIE MOŻE BYĆ, i w Katowicach wsiadły bagiety, a pociąg stał kolejne 20 minut na stacji, jak tych dwóch typów im opowiadało wszystkie historie o Cyganach, dokumentach, ochroniarzach i Wiktorze Orbanie xD.

 

II

 

 

 

O kurwa, bo jeszcze mi się przypomniało, że wkroczenie bagiet do pociągu w Katowicach to przecież nie był koniec perypetii tej nocy, gdyż na tej samej stacji do tegoż składu, a konkretnie to nawet do mojego przedziału, wkroczyło jeszcze pięć prostytutek xD. Ale zacznijmy od początku.

 

Kiedy bawiłem w Budapeszcie, kupiłem sobie to słynne salami węgierskie marki PICK. To był dobry interes, bo to salami jest zajebiste, ale w Polsce kosztuje od chuja i można je kupić tylko na jakichś ekomarketach i podobno w tej słynnej Almie xD. Na Węgrzech jest za to w każdym spożywczaku i kosztuje tyle, co u nas jakaś kiełbasa krakowska.

 

Jeszcze przed wyjazdem z madziarskiej stolicy salami rozpakowałem, żeby zrobić sobie z nim kanapki na drogę – nie będę przecieżWarsowi becelował 12 złotych za jakąś gównokanapeczkę. Po ukrojeniu odpowiadającej mi ilości plastrów owinąłem salami z powrotem w folię, aby jego świeżość nie ucierpiała zbytnio w transporcie.

 

To teraz wróćmy na stację Katowice Główne. Korytarz za moim przedziałem był zablokowany dwoma bagietmajstrami wraz z taksowędkarzem i wiceprezesem, którzy przedstawiali im całą swoją martyrologię. Korytarzem z drugiej strony szło pięć panien mniej więcej w moim wieku. Jako że przez tamtych typów nie dało się przejść dalej, to wszystkie panny wbiły do mojego przedziału. Muszę przyznać, że wszystkie z wyglądu tak 6–8 na 10. Włożyły walizki na półki i siadły. Pociąg w końcu ruszył, panny zaczęły gadać między sobą, kompletnie nie przejmując się moją obecnością. Po mniej niż pięciu minutach było już całkowicie jasne, że panny się zawodowo sypią za hajs – opowiadały, która tam ostatnio na ile klienta naciągnęła, a którą to sponsor na wakacje zabrał itd. Ja siedzę zaciekawiony, bo pierwszy raz dane mi było tak zajrzeć w świat płatnej miłości xD

 

Teraz ważny szczegół. Jak jechałem wcześniej sam w przedziale, to plecak trzymałem na fotelu. Potem wsiadły one i pozajmowały fotele, a na półkach nie było już miejsca przez te ich wszystkie walizki. Plecak położyłem więc pod swoimi nogami, koło kaloryfera. Kilka razy zahaczyłem go nogą i stało się to, co stać się musiało (a o czym jeszcze nie wiedziałem) – salami węgierskie marki PICK rozpakowało się samoistnie z wykonanego przeze mnie prowizorycznego zamknięcia. Jako że plecak leżał tuż przy rozgrzanym kaloryferze, to zgodnie z prawami fizyki, chemii, biologii i nauk kuchennych salami zaczęło wkrótce emitować specyficzną dla siebie woń (którą osobiście, jako miłośnik salami, szczególnie tak szlachetnego, uwielbiam). Niestety moje towarzyszki podróży nie były obdarzone podobnym gustem i niedługo zaczęły wymieniać między sobą komentarze na mój temat, typu:

 

NO ALE PRZED PODRÓŻO TOBY SIĘ MÓGŁ UMYĆ, NIE?

 

ANDŻELA UCHYL DRZWI, ŻEBY PRZEWIEW BYŁ, BO CAPI.

 

CHUJEM STAREGO DZIADA ŚMIERDZI OD NIEGO

 

(tutaj trochę śmiechłem pod nosem, bo panna ewidentnie wiedziała, o czym mówi xD, ale jednocześnie poczułem się urażony w imieniu salami xD).

 

Najmłodsza panna miała może z 18 lat i w pewnym momencie wypaliła do mnie

 

NO ALE OKNO TOBY PAN MÓGŁ OTWORZYĆ, BO JEBIE KIEŁBASO CO.

 

Na co ja, już podkurwiony ich komentarzami, zasugerowałem delikatnie, że zapach szlachetnego salami węgierskiego typu PICK to nie jest chyba najnieprzyjemniejszy zapach, z jakim się w swojej codziennej pracy spotykają xD.

 

O kurwa starzy, po pięciu sekundach absolutnej ciszy w przedziale rozpętało się piekło.

 

 CO TY KURWA POWIEDZIAŁEŚ CWELUCHU JEBANY?! ZAMKNIJ MORDĘ FRAJERZE!

 

Et cetera, et cetera. Ja: ive_made_a_huge_mistake.png xD

 

Przekmińcie sobie, co to jest za opcja być w tak małej przestrzeni z pięcioma dziwkami, z których wszystkie puszczają wam pięciominutową wiązankę xD. Stwierdziłem, że spierdalam na wykop, ale żeby to uczynić, to musiałem się jeszcze przecisnąć między nimi wszystkimi, bo siedziałem przy oknie xD. Jeszcze dostałem z dwa razy z kopa w kostkę na wyjściu xD. Potem do Warszawy stałem już pod kiblem (alternatywą było siedzenie z tamtymi dwoma kretynami od PiS i Cyganów, bo wszystkie inne miejsca w Katowicach zajęli) i strachałem, czy jakieś alfonsy na mnie nie będą tam czekały na dworcu, co na szczęście się nie stało xDDD.

Otwórz jako osobną stronę →
Mój stary to fanatyk wędkarstwa

Mój stary to fanatyk wędkarstwa. Pół mieszkania zajebane wędkami najgorsze. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w szpitalu, bo mają zadziory na końcu. W swoim dwudziestodwuletnim życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. Tydzień temu poszedłem na jakieś losowe badania, to baba z recepcji jak mnie tylko zobaczyła, to kazała buta ściągać xD, bo myślała, że znowu hak w nodze.

Druga połowa mieszkania zajebana „Wędkarzem Polskim”, „Światem Wędkarza”, „Super Karpiem” xD itp. Co tydzień ojciec robi objazd po wszystkich kioskach w mieście, żeby skompletować wszystkie wędkarskie tygodniki. Byłem na tyle głupi, że nauczyłem go into internety, bo myślałem, że trochę pieniędzy zaoszczędzimy na tych gazetkach, ale teraz nie dosyć, że je kupuje, to jeszcze siedzi na jakichś forach dla wędkarzy i kręci gównoburze z innymi wędkarzami o najlepsze zanęty itp. Potrafi drzeć mordę do monitora albo wypierdolić klawiaturę za okno. Kiedyś ojciec mnie wkurwił, to założyłem tam konto i go trollowałem, pisząc w jego tematach jakieś losowe głupoty, typu KARASIE JEDZO GUWNO. Matka nie nadążała z gotowaniem bigosu na uspokojenie. Aha, ma już na forum rangę SUM, za najebanie 10 tysięcy postów.

Jak jest ciepło, to co weekend zapierdala na ryby. Od jakichś pięciu lat w każdą niedzielę jem rybę na obiad, a ojciec pierdoli o zaletach jedzenia tego wodnego gówna. Jak się dostałem na studia, to stary przez tydzień pierdolił, że to dzięki temu, że jem dużo ryb, bo zawierają fosfor i mózg mi lepiej pracuje.

Co sobotę budzi ze swoim znajomym Mirkiem całą rodzinę o czwartej w nocy, bo hałasują, pakując wędki, robiąc kanapki itd.

Przy jedzeniu zawsze pierdoli o rybach i za każdym razem temat schodzi w końcu na Polski Związek Wędkarski, ojciec sam się nakręca i dostaje strasznego bólu dupy durr, niedostatecznie zarybiajo, tylko kradno hurr, robi się przy tym cały czerwony i odchodzi od stołu, klnąc, i idzie czytać Wielką Encyklopedię Ryb Rzecznych, żeby się uspokoić.

W tym roku sam sobie kupił na święta ponton. Oczywiście do wigilii nie wytrzymał, tylko już wczoraj go rozpakował i nadmuchał w dużym pokoju. Ubrał się w ten swój cały strój wędkarski i siedział cały dzień w tym pontonie na środku mieszkania. Obiad (karp) też w nim zjadł [cool][cześć].

Gdyby mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich ryb w Polsce, tobym wziął i zapierdolił.

Jak któregoś razu, jeszcze w podbazie czy gimbazie, miałem urodziny, to stary jako prezent wziął mnie ze sobą na ryby w drodze wyjątku. Super prezent kurwo.

Pojechaliśmy gdzieś w pizdu za miasto, dochodzimy nad jezioro, a ojcu już się oczy świecą i oblizuje wargi, podniecony. Rozłożył cały sprzęt i siedzimy nad wodą, i patrzymy na spławiki. Po pięciu minutach mi się znudziło, więc włączyłem discmana, to mnie ojciec pierdolnął wędką po głowie, że ryby słyszą muzykę z moich słuchawek i się płoszą. Jak się chciałem podrapać po dupie, to zaraz krzyczał szeptem, żebym się nie wiercił, bo szeleszczę i ryby z wody widzą, jak się ruszam, i uciekają. Sześć godzin musiałem siedzieć w bezruchu i patrzeć na wodę jak w jakimś jebanym Guantanamo. Urodziny mam w listopadzie, więc jeszcze do tego było zimno jak sam skurwysyn. W pewnym momencie ojciec odszedł kilkanaście metrów w las i się spierdział. Wytłumaczył mi, że trzeba w lesie pierdzieć, bo inaczej ryby słyszą i czują.

Wspomniałem, że ojciec ma kolegę Mirka, z którym jeździ na ryby. Kiedyś towarzyszem wypraw rybnych był hehe Zbyszek. Człowiek o kształcie piłki z wąsem i 365 dni w roku w kamizelce BOMBER. Byli z moim ojcem prawie jak bracia, przychodził z żoną Bożeną na Wigilie do nas itd. Raz ojciec miał imieniny, Zbysio przyszedł na hehe kielicha. Najebali się i oczywiście cały czas gadali o wędkowaniu i rybach. Ja siedziałem u siebie w pokoju. W pewnym momencie zaczęli drzeć na siebie mordę, czy generalnie lepsze są szczupaki, czy sumy.

WEŹ MNIE NIE WKURWIAJ ZBYCHU, WIDZIAŁEŚ TY KIEDYŚ, JAKIE SZCZUPAK MA ZĘBY? CHAPS I RĘKA UJEBANA! KURWA TADEK SUMY W POLSCE PO 80 KILO WAŻĄ, TWÓJ SZCZUPAK TO IM MOŻE NASKOCZYĆ. CO TY MI O SUMACH PIERDOLISZ, JAK LEDWO UKLEJĘ POTRAFISZ Z WODY WYCIĄGNĄĆ. SZCZUPAK TO JEST KRÓL WODY JAK LEW JEST KRÓL DŻUNGLI.

No i aż się zaczęli nakurwiać, zapasy na dywanie w dużym pokoju, a ja z matką musieliśmy ich rozdzielać. Od tego czasu zupełnie zerwali kontakt. W zeszłym roku zadzwoniła żona Zbysia, że Zbysio spadł z rowerka, i zaprasza na pogrzeb. Odebrała akurat matka, złożyła kondolencje, odkłada słuchawkę i mówi o tym ojcu, a ojciec

I BARDZO KURWA DOBRZE.

Tak go za tego suma znienawidził.

Wspominałem też o arcywrogu mojego starego, czyli Polskim Związku Wędkarskim. Stał się on kompletną obsesją ojca i jak na przykład w telewizji mówią, że gdzieś było trzęsienie ziemi, to stary zawsze mamrocze pod nosem, że powinni w końcu coś o tych skurwysynach z PZW powiedzieć. Gazety niewędkarskie też przestał czytać, bo miał ból dupy, że o wędkarstwie polskim ani aferach w PZW nic się nie pisze.

Szefem koła PZW w mojej okolicy jest niejaki pan Adam. Jest on dla starego uosobieniem całego zła wyrządzonego polskim akwenom przez związek i ojciec przez wiele lat toczył z nim wojnę. Raz poszedł na jakieś zebranie wędkarskie, na którym występował Adam, i stary wrócił do domu z podartą koszulą, bo siłą go usuwali z sali, takie tam inby odpierdalał.

Po klęsce w starciu fizycznym ze zbrojnym ramieniem PZW ojciec rozpoczął partyzantkę internetową, polegającą na szkalowaniu PZW i Adama na forach lokalnych gazet. Napierdalał na niego jakieś głupoty, typu że Adam był tajnym współpracownikiem UB albo że go widział na ulicy, jak komuś gwoździem samochód rysował itd. Nie nauczyłem ojca into TOR, więc skończyło się bagietami za szkalowanie i stary musiał zapłacić Adamowi dwa tysiące złotych.

Jak płacił, to przez tydzień w domu się nie dało żyć, ojciec kurwił na przekupne sądy, PZW, Adama i w ogóle cały świat. Z jego pierdolenia wynikało, że PZW jak jacyś masoni rządzi całym krajem, pociąga za sznurki i ma wszędzie układy. Przeliczał też te dwa tysiące na wędki, haczyki czy łódki i dostawał strasznego bólu dupy, ile on by mógł na przykład zanęty waniliowej za te 2k kupić (kilkaset kilo).

Stary jakoś w zeszłym roku stwierdził, że koniecznie musi mieć łódkę do połowów, bo niby wypożyczanie za drogo wychodzi i wszyscy go chcą oszukać.

SYNEK, NA WODZIE TO SIĘ PRAWDZIWE OKAZY ŁAPIE! TAM JEST ŻYWIOŁ!

Ale nie było go stać ani nie miał jej gdzie trzymać, a hehe frajerem to on nie jest, żeby komuś płacić za przechowywanie, więc zgadał się z jakimiś wędkarzami z okolicy, że kupią łódkę na spółkę, ona będzie stała u jakiegoś Janusza, który ma dom, a nie mieszkanie w bloku jak my, na podjeździe, na przyczepie, którą ten Janusz ma, i się będą tą łódką dzielili albo będą jeździć łowić razem.

Na początku ta kooperatywa szła nawet nieźle, ale w któryś weekend ojciec się rozchorował i nie mógł z nimi jechać, i miał o to olbrzymi ból dupy. Jeszcze ci jego koledzy dzwonili, że ryby biorą jak pojebane, więc mój ojciec tylko leżał czerwony ze złości na kanapie i sapał z wkurwienia. Sytuację jeszcze pogarszało to, że nie miał na kogo zwalić winy, co zawsze robi. W końcu doszedł do wniosku, że to niesprawiedliwe, że oni łowią bez niego, bo przecież po równo się zrzucali na łódkę i w niedzielę wieczorem, jak te Janusze już wróciły z wyprawy, wyszedł nagle z domu.

Po godzinie wraca i mówi do mnie, że muszę mu pomóc z czymś przed domem. Wychodzę na zewnątrz, a tam nasz samochód z przyczepą i łódką xD. Pytam, skąd on ją wziął, a on mówi, że Januszowi zajebał z podjazdu przed domem, bo oni go oszukali, i żebym łapał z nim łódkę, i wnosimy do mieszkania xD. Na nic się zdało tłumaczenie, że zajmie cały duży pokój. Na szczęście łódka nie zmieściła się w drzwiach do klatki, więc stary stwierdził, że on ją przed domem zostawi.

Za pomocą jakichś łańcuchów, co były na łódce, i mojej kłódki od roweru przypiął ją do latarni i zadowolony chce iść wracać do mieszkania, a tu nagle przyjeżdżają dwa samochody z Januszami współwłaścicielami, którzy się domyślili, gdzie ich własność może się znajdować xD. Zaczęła się nieziemska inba, bo Janusze drą mordy, dlaczego łódkę ukradł i że ma oddawać, a ojciec się drze, że oni go oszukali i on 500 złotych się składał, a nie pływał w ten weekend. Ja starałem się załagodzić sytuację, żeby ojciec od nich nie dostał wpierdolu, bo było blisko.

Po kilkunastu minutach sytuacja wyglądała tak:

– Mój ojciec leży na ziemi, kurczowo trzyma się przyczepy i krzyczy, że nie odda.

– Janusze krzyczą, że ma oddawać.

– Jeden Janusz ma rozjebany nos, bo próbował leżącego ojca odciągnąć od łódki za nogę i dostał drugą nogą z kopa.

– Dwóch policjantów ciągnie ojca za nogi i mówi, że jedzie z nimi na komisariat, bo pobił człowieka. – We wszystkich oknach dookoła stoją sąsiedzi.

– Moja stara płacze i błaga ojca, żeby zostawił łódkę, a policjantów, żeby go nie aresztowali.

– Ja: smutnazaba.psd.

W końcu policjanci oderwali starego od łodzi. Ja podałem Januszom kod do kłódki rowerowej i zabrali łódkę, rzucając wcześniej staremu 500 złotych i mówiąc, że nie ma już do łódki żadnego prawa i lepiej dla niego, żeby się nigdy na rybach nie spotkali. Matka ubłagała policjantów, żeby nie aresztowali ojca. Janusz, co dostał w mordę butem, powiedział, że on się nie będzie pierdolił z łażeniem po komisariatach i ma to w dupie, tylko ojca nie chce więcej widzieć.

Stary do tej pory robi z Januszami gównoburzę na forach dla wędkarzy, bo założyli tam specjalny temat, gdzie przestrzegali przed robieniem jakichkolwiek interesów z moim ojcem. Obserwowałem ten temat i widziałem, jak mój ojciec nieudolnie porobił trollkonta:

Szczepan54

Liczba postów: 1

Ten temat założyli jacyś idioci! Znam użytkownika stary_anona od dawna i to bardzo porządny człowiek i wspaniały wędkarz! Chcą go oczernić bo zazdroszczą złowionych okazów!

Potem jeszcze używał tych trollkont do prześladowania niedawnych kolegów od łódki. Jak któryś z nich zakładał jakiś temat, to ojciec się tam wpierdalał na trollkoncie i na przykład pisał, że chujowe ryby łapie i widać, że nie umie łowić xD. Z tych samych trollkont udzielał się w swoich tematach i jak na przykład wrzucał zdjęcia złapanych przez siebie ryb, to sam sobie pisał NOOOO GRATULUJĘ OKAZU! WIDAĆ, ŻE DOŚWIADCZONY ŁOWCA! a potem się z tego cieszył i kazał oglądać mi i starej, jak go chwalą na forum.

Otwórz jako osobną stronę →
Ormianie w Warsie

Jadę właśnie pociągiem. Nie mogę powiedzieć dlaczego – jak zwykle – ale w pewnym uproszczeniu jest to po prostu zbieg okoliczności, również jak zwykle zresztą. Jeżeli pociągiem jedzie się samemu, tak jak jest to obecnie w moim przypadku, to najprzyjemniej podróżuje się w wagonie restauracyjnym typu WARS, bo tam serwują browary, a nie tylko kawę, herbatę i prince polo, jak z tego wózeczka, co jeździ między przedziałami.

Swoją drogą zawsze zastanawiało mnie, jak zdezorientowani muszą być wszyscy turyści anglojęzyczni podróżujący polskimi kolejami, jak stoją na stacji, podjeżdża pociąg, a cały jeden wagon podpisany jest WARS po polsku, w sensie WOJNY po angielsku. Pewnie sobie myślą, że Polska to kraj kładący taki nacisk na politykę historyczną, że w każdym pociągu jest doczepiony jeden wagon muzealny, żeby ludzie mogli sobie w podróży odświeżyć pamięć w kwestii wszystkich nieprzyjemności, jakie spotkały Polaków na przestrzeni dziejów. Potem taki amerykański turysta sobie wsiada do przedziału, jedzie, najchętniej toby zjadł prince polo, wypił herbatkę i poczytał książkę, ale widzi, że co chwilę ktoś chodzi do Warsa, a jeszcze z głośników konduktor coś po polsku o tym Warsie mówi. Amerykaninowi się robi głupio, że skoro już jest taki wagon, to może by jednak wypadało pójść, żeby sobie Polacy nie pomyśleli, że ich należycie nie uszanował. Przeciska się przez pociąg z lekkim przerażeniem, bo spodziewa się, że w Warsie czekają na niego budzące grozę fotografie niemieckich nazistowskich zbrodni przeciwko ludzkości – a on przecież chciał tylko w spokoju dojechać do Krakowa, jedząc prince polo – a tu się okazuje, że na miejscu na niego czeka jajecznica na szynce, pierogi, żurek i browary, więc pewnie jest to dla niego ulga.

Wracając jednak do kwestii zasadniczej, czyli rzeczonego żurku i browarów, to siedziałem sobie w wagonie restauracyjnym i piłem browary, a przy stoliku obok siedziało szterech starych Ormian, z których jeden awanturował się z kelnerem o żurek. Wiem, że to byli Ormianie, bo wyglądali trochę jak Żydzi, tylko o bardziej arabskiej karnacji, a mówili w ogóle jeszcze dziwniej, więc tak mi podpowiedziała polska intuicja. Z kolei z całą pewnością wiem, że awanturowali się o żurek, bo typ trzymał menu i pokazywał palcem na żurek właśnie, i już widocznie podkurwiony coś tłumaczył po ormiańsku podniesionym głosem, a kelner odpowiadał tylko DO YOU SPEAK ENGLISH? DO YOU WANT ŻUREK?

A ten Ormianin, który był szefem wszystkich Ormian, bo był najstarszy, najgrubszy i miał największy nos (a wszyscy mieli nosy okazałe), nagle odpowiedział YES ENGLISH.

Wtedy okazało się, że kelner tylko blefował z tym angielskim, w sensie udawał, że zna, bo myślał, że tamci nie znają, więc to na nich spadnie wina, że nie mogą się dogadać, bo co on poradzi, że on po angielsku mówi, a oni nie. Plan się posypał jak domek z kart, typ spanikował i pyta mnie, czy rozumiem, o co im chodzi, to podchodzę do tego ormiańskiego stolika, a szef ormiański mnie jedną ręką łapie za ramię i przyciąga nad samo menu, a drugą ręką w tym menu pokazuje zdjęcie żurku i wkurwiony tłumaczy THIS, BUT ONLY EGG. To ja go pytam: JAK? JAJO SAMO? BEZ ŻURU? A on dalej swoje, że ONLY EGG. Kelner pyta co mówią, to mu tłumaczę, że chyba samo jajo na twardo chcą, bez zupy w ogóle. To on mówi, że może chociaż kiełbasy do tego da, ale Ormianin się dalej awanturuje, że nie. TO CHLEBA PRZYNAJMNIEJ? Też nie xD.

Skoro w tej kwestii zapadła już decyzja ostateczna, to pozostało jeszcze ustalić, czy jajko ma być tylko jedno, na co padła odpowiedź, że nie, że FIFTEEN po angielsku, w sensie PIĘTNAŚCIE po polsku. Raz dziesięć palców na dwóch rękach i potem jeszcze raz pięć palców na jednej ręce. Tu już się z kelnerem popatrzyliśmy po sobie, bo widać, że żarty się skończyły. 15 jaj na twardo to już nie przelewki. Jeszcze się okazało, że Ormianie nie mają złotówek, tylko euro, więc im kelner zaproponował przelicznik jedno jajo = jedno euro, więc gruby interes się kręci. Wielkie pieniądze, wielkie emocje, 15 jaj w grze.

Kelner poleciał do kuchni gotować jajka, a Ormianie już się oblizują. W tym momencie do wagonu przychodzi Najbardziej Najebany Typ w Pociągu. Zawsze, w każdym pociągu, jest taki ziomek, który samotnie wraca z przedłużonego wesela w Kutnie, z przepustki z wojska czy więzienia, od brata z Monachium lub innych okoliczności, które w zrozumiały sposób doprowadziły go do stanu najebania się. Łazi po korytarzu, szukając swojego przedziału, potem go konduktor opierdoli za palenie szlugów w przejściu pomiędzy wagonami, potem się okazuje, że nie ma biletu i mają go wyrzucać z pociągu, ale potem się jednak okazuje, że ma bilet, tylko schował do innej kieszeni, więc go zostawiają w spokoju – dopóki znowu nie zajara szluga w przejściu.

Muszę w tym momencie nadmienić, że mam taki urok, że zazwyczaj jak gdzieś siedzę, to siedzę tam sam. Z tego powodu jak ktoś się do kogoś przysiada, to zazwyczaj do mnie, bo siłą rzeczy jest wolne miejsce. Tak też stało się z Najbardziej Najebanym Typem w Pociągu, który zajął miejsce przy moim stoliku, przedstawił się jako Czarek i bez zbędnych wstępów zaczął opowiadać poruszającą historię swojej podróży, co Najbardziej Najebane Typy w Pociągu czynią zresztą zawsze.

Czarek jechał z pogrzebu swojego dziadka, do swojej ciotki do Rzeszowa po spadek. To była pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła, bo nasz pociąg jechał przez wiele miast, jednak nie przez Rzeszów. Czarek widocznie obrał podobną postawę co pisarz amerykański Henry Miller, który twierdził, że CEL PODRÓŻY TO NIE MIEJSCE, DO KTÓREGO ZMIERZASZ, A NOWA PERSPEKTYWA, Z JAKĄ PATRZYSZ NA ŚWIAT xD, bo miał na to już zupełnie wyjebane. Drugą dziwną sprawą było to, że spadek będący celem jego podróży nie miał być po zmarłym dziadku, tylko po żyjącej ciotce xD. Gdy weszliśmy w rozmowie w szczegóły, to okazało się, że po pogrzebie dziadka (który był biedny), podczas grubej stypy, Czarek wraz z najbliższą rodziną doszli do wniosku, że z powodu tego smutnego wydarzenia ciotka (która była bogata) ma się z nimi podzielić swoją fortuną. Tę fortunę Czarek opisywał następująco:

ONA CAŁE ŻYCIE BYŁA KSIĘGOWĄ TO CHYBA ŹLE NIE MIAŁA, NIE? WIESZ, CO ONA MA W DOMU? KREDENS MA TAKI, DĘBOWY, ŻE BY SIĘ W POPRZEK TEGO WAGONU NIE ZMIEŚCIŁ!

Miał też opracowany plan, na wypadek gdyby ciotka nie chciała się sprawiedliwie podzielić spadkiem xD:

A JAK STARA BĘDZIE SIĘ BURZYŁA, TO DOSTANIE W ŁEB, KREDENS BIORĘ NA PLECY I NARA.

W międzyczasie do siedzących obok Ormian wrócił kelner z jajkami, zatem my też powróćmy myślami z wystawnego mieszkania ciotki do wagonu restauracyjnego. Ormianie jak dostali jajka, to zaraz wyciągnęli flachę jakiegoś dziwnego alkoholu, każdy sobie nabił na widelec jedno jajko, a potem po kolei jebnęli po solidnym grzdylu i przegryźli jajkiem. Ale nie tak przegryźli, że każdy sobie wziął małego gryza z tego widelca, tylko każdy połknął po całym kurwa jaju xD. Czarek jak zobaczył, że piją, to mimo że już ledwo siedział, też się rozochocił i poprosił kelnera o browar, ale ten powiedział, że już kierownik pociągu go ostrzegał, że jak Czarek przyjdzie, to mu nie sprzedawać, bo już w innym wagonie narobił przypału xD. Czaruś siedział więc nieszczęśliwy i tylko zazdrośnie łypał okiem na flachę Ormian. Dostrzegł to ich szef i widocznie poczuł z nim solidarność, bo w końcu sam się przed chwilą musiał awanturować z kelnerem, więc na niego skinął, żeby Czarek też sobie dziabnął, na co ten z chęcią przystał. Czarek wypił, a potem stała się rzecz niezwykła, bo szef Ormian kolejne jajko, które miał na widelcu, przekroił na pół i dał Czarkowi zagryźć tą połówką, a sam zagryzł drugą, pieczętując tym samym symbolicznie przyjaźń polsko-ormiańską i ormiańsko-polską.

Był to moment wzniosły i wzruszający, jednak nastrój ten nie utrzymał się zbyt długo, bo toast alkoholowo-jajeczny przelał tak zwaną czarę goryczy Czarka, który po chwili wyjebał czołem o blat stołu, a potem jeszcze mu się trochę tej wódy z jajkiem ulało z ust na podłogę. Tego już było za wiele, kelner zawołał konduktorów i zapadła decyzja, że na najbliższej stacji Czarusia wypierdalają z pociągu – a ta stacja to bynajmniej nie był Rzeszów, tylko ciemna dupa xD. Ormianie tymczasem nie zrozumieli, że nad Czarkiem zapadł już wyrok, więc walnęli jeszcze po lufie, znowu zagryzając całym jebanym jajkiem. ZAGRYZAJĄC to nawet nie jest odpowiednie słowo, bo oni te jajka połykali w całości, bez gryzienia xD

Pociąg się zatrzymuje, konduktorzy wynoszą Czarka, a Ormianie podnoszą rumor, że co oni robią z ich ziomkiem. To im tłumaczę, że jest afera, że Czaruś najebany zaliczył zgona i zapaskudził podłogę w wagonie spożywczym, a u nas na kolei jest taka kolej rzeczy, że za takie rzeczy cię wypierdalają.

Jak skończyłem tłumaczyć, to Czarek już był położony na ławce na peronie, a konduktor poszedł jeszcze po jakiś jego plecaczek, który został w przedziale. Ormianie jak zrozumieli, co się święci, to zaczęli coś między sobą gadać, po czym wszyscy wstali, wzięli po kieszeniach pozostałe jajka i wysiedli, chociaż ewidentnie nie była to ich stacja. Patrzyłem na nich przez okno, a oni sobie usiedli we czterech na ławce obok Czarka, bo widocznie po tej wódzie z jajem stał się jednym z nich. Gdy pociąg odjeżdżał, nabrałem do Ormian szacunku jako do najprawilniejszej grupy etnicznej, bo zdecydowali się na tej stacji pośrodku niczego zostać, mimo że nie mieli tam bogatej ciotki ani złotych polskich, a na cały ich majątek składały się jajka na twardo o czarnorynkowej wartości 3 euro, czyli jakieś 12,50 zł.

Otwórz jako osobną stronę →
Granie w gałę

Wiosna już w pełni i dzieciaki u mnie na podwórku grają w gałę i drą mordę. Najpierw się wkurwiłem, ale potem pomyślałem, że przecież sam tak kiedyś z Sebami latałem, młodość musi się wyszumieć.

Nasza kariera piłkarska skończyła się bodajże w roku 2002, jak były mistrzostwa Korea-Japonia, bo była turboawantura o to, kto z nas będzie Olisadebe. Taki mały Błażejek, chcąc realizować politykę faktów dokonanych, poszedł do kiosku, kupił marker permanentny i wysmarował nim sobie całą mordę, co miało w zamyśle uczynić go najbardziej z nas wszystkich podobnym do Olisadebe właśnie, który był największym czarnoskórym piłkarzem polskim, jak ktoś nie pamięta. Ta polityka zadziałała jednak gorzej niż na Zachodnim Brzegu Jordanu, bo matka Błażejka dostała kurwicy, jak go zobaczyła, i dostaliśmy srogi opierdol, że to niby my mu kazaliśmy się malować, a potem jeszcze dzwoniła na skargę do naszych starych. Wszyscy się wtedy pokłócili i rozgrywki zostały zawieszone, no a zaraz potem już poszliśmy do gimnazjum i się zaczęło dorosłe życie z paleniem szlugów za śmietnikiem, i nikt już nie chciał grać w piłkę, bo to dla dzieciaków xD

Ale nie o tym chciałem, tylko o tym, że przypomniała mi się przy okazji postać pani Kwiatkoskiej, wielkiej przeciwniczki osiedlowego futbolu. Kwiatkoska mieszkała na parterze, dwie klatki obok mnie, i była na emeryturze, odkąd pamiętam. Wcześniej była protokolantką w sądzie czy kimś takim – w każdym razie wykonywała jakiś taki legalistyczny zawód, ale nie takie bogactwo jak sędzia czy prawnik, tylko po prostu stukanie w maszynę. Tę zawodową praworządność trudno jej było porzucić po zakończeniu kariery, więc uwzięła się na nas, osiedlowych piłkarzy xD

Patrząc z perspektywy czasu, to nawet trochę rozumiem jej wkurwienie, bo nasza bramka mieściła się bardzo blisko jej okna, pod oknem jej sąsiada, takiego pana Buryły, co miał wyjebane na to kopanie, bo był po wylewie i tylko dwa razy w tygodniu pielęgniarka z MOPS-u do niego przychodziła. Kwiatkoska natomiast gnębiła nas, jak tylko się dało, a jej metody można podzielić na dwa rodzaje:

1. Metody prawno-administracyjne

Jako legalistka pani Kwiatkoska swoją krucjatę zaczęła – pomijając darcie na nas mordy z okna i skarżenie się naszym starym – od wysyłania setek pism, odwołań, ponagleń i zażaleń do każdej możliwej instytucji: administracji, rady osiedla, gminy, pomocy społecznej (że niby rodzice się nami nie zajmują, więc wychowuje nas ulica xD), prezydenta Warszawy i chuj tam jeszcze wie do kogo. Były takie okresy, że połowę dnia spędzała na poczcie, wysyłając te dziesiątki listów, co było dla niej o tyle dobre, że przynajmniej nie siedziała w domu i nie musiała słuchać, jak piłka napierdala jej o ścianę xD. Według relacji mojej matki Kwiatkoska chodziła oczywiście na wszystkie spotkania wspólnoty mieszkaniowej i zawsze w wolnych wnioskach zgłaszała kwestię nakurwiania piłkami o ściany na osiedlu PAN MI MÓWI, PANIE PRZEWODNICZĄCY, ŻE SIĘ TYM ZAJMIECIE, ALE PAN MI TO ZAWSZE MÓWI, A SIĘ NIE ZAJMUJECIE! ZA CO MY TO KOMORNE PŁACIMY, JAK WY NIC NIE ROBICIE?!

Zgłaszała nas też na policję, ale oni mieli wyjebane, bo nie kopaliśmy po ciszy nocnej, więc Kwiatkoska wymyśliła, że to kopanie jest zagrożeniem dla jej zdrowia i życia, bo możemy jej szybę stłuc i jej szkło wtedy może wpaść do oka albo nawet tchawicy, jeżeli akurat będzie miała usta otwarte xD. Co ciekawe, akurat o okna to się nie musieliśmy martwić, bo jako pierwsza w bloku miała okna PCV, czy – jak to się mówiło – PLASTIKI, które niejedno jebnięcie gałą przetrwały xD. Nie można tego powiedzieć o oknie jej sąsiada z góry, doktora Żuczka, którego pamiętam dlatego, że to właśnie ja raz wyjebałem mu okno, jak strzelałem Z WOLEJA, i potem matka kazała mi iść samemu i oficjalnie przepraszać, co miało we mnie ukształtować odwagę cywilną. Pamiętam go też dlatego, że doktor Żuczek był z wykształcenia i zawodu ginekologiem-położnikiem, przez co, chcąc nie chcąc, stał się lata później zaopatrzeniowcem całej osiedlowej ekipy w antykoncepcję awaryjną xD. Przekomarzał się z nami zawsze po sąsiedzku

CO? ZNOWU?! WY SKURWYSYNY JEBANE! KTO TO WIDZIAŁ, CHŁOP 20 LAT I KONDONA ZAŁOŻYĆ NIE UMIE!

Ale koniec końców i tak zawsze dawał receptę :3 Jednak wracając do Kwiatkoskiej…

2. Metody oblężniczo-partyzanckie

Gdy setki pism wysłanych do wszystkich możliwych instytucji nie ukróciły naszej miłości do sportu, Kwiatkoska postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i przystąpiła do obrony poprzez atak.

Jej redutą stało się oczywiście jej okno, z którego prowadziła z nami walkę niczym kurwa Sowiński w okopach Woli z Moskalem xD. Przysięgam, jakby urodziła się kilkaset lat wcześniej, to zostałaby dowódcą obrony jebanego Zbaraża. Rzucanie ziemniakami (surowymi i ugotowanymi), wystrzeliwanie jajek za pomocą drewnianej łyżki kuchennej, oblewanie wodą, sikanie olejem z butelki – to tylko niektóre techniki antyoblężnicze, które stosowała. Wszyscy zaczęli wtedy strzelać więcej goli, bo bramkarz zawsze musiał patrzeć to na boisko, to na okno Kwiatkoskiej, czy coś w jego kierunku nie leci xDDD. Mieliśmy potem coś w rodzaju PTSD i jak u nas w gimbazie zamontowali okna plastikowe (które wydawały przy otwarciu charakterystyczny dźwięk), kiedy ktoś chciał przewietrzyć w klasie, to połowa chłopaków rozglądała się nerwowo xD

Kwiatkoska nie zamierzała jednak chować się w swoim szańcu i niczym Kmicic wymykający się z oblężonej Jasnej Góry czaiła się czasami za śmietnikiem, po czym ruszała na obkopujących jej okno futbolistów, wywijając w powietrzu torebką – wtedy to nie refleks, ale szybkie nogi i spierdalanie do swoich klatek były dla nas jedynym ratunkiem xD

Pewnego dnia na podwórko przyszło dwóch typów z tablicą i oświadczyło, że modły i petycje Kwiatkoskiej zostały wysłuchane, po czym na mocy decyzji rady osiedla przykręcili do ściany tablicę ZAKAZ KOPANIA PIŁKĄ O ŚCIANĘ POD KARĄ ADMINISTRACYJNĄ. Kwiatkoska oczywiście była zachwycona, że sprawiedliwości stało się zadość. Natomiast, jak się okazało, spełniając swoje marzenie, utraciła równocześnie sens istnienia i tydzień później położyła się na wersalce, umarła i znaleźli ją dopiero po dwóch tygodniach, jak zaczęło śmierdzieć, bo wszyscy myśleli, że nie wychodzi, bo już nie ma po co.

My zaczęliśmy znowu grać w gałę, bo nie było komu egzekwować decyzji administracji, ale jak już więcej osób w bloku miało okna PCV, to czy to ze wspomnianego PTSD, czy szacunku dla ś.p. Kwiatkoskiej jak ktoś otwierał okno, z przerażenia stawaliśmy na baczność.

Otwórz jako osobną stronę →
Mołdawianie

Wszystko zaczęło się od tego, że kiedy byłem na studiach, zostałem namówiony przez jednego Mirka do dołączenia do koła naukowego, co miało być szansą na wyjście z piwnicy. INNOWACYJNE KOŁO NAUKOWE PRZEDSIĘBIORCZOŚCI I PARTYCYPACJI OBYWATELSKIEJ WIELOKULTUROWYCH ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH – jak nazwa wskazuje, zajmowaliśmy się głównie waleniem wódy i od czasu do czasu organizowaliśmy jakieś losowe wydarzenie, którego tematyka dotyczyła tego, co akurat dobrze wyglądało na papierze dla dziekana i na co można było dostać trochę hajsu. Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe, ale okazało się, że wszystkie inne koła naukowe były jeszcze chujowsze od naszego, więc pewnego dnia przyszedł do nas prorektor i powiedział, że jako duma uczelni będziemy za pieniądze podatników niemieckich i francuskich promowali udział w życiu demokratycznym wśród naszych rówieśników z Mołdawii. Polegać to miało na tym, że 10 Mołdawian przyjedzie do nas na kilka dni, a potem 10 z nas pojedzie do nich na kilka dni i fajnie wtedy będzie. Byliśmy oczywiście podekscytowani, bo brzmiało jak dobra okazja do walenia wódy, co – jak wspominałem – znajdowało się wśród celów statutowych naszej organizacji xD

Najpierw Mołdawianie przyjeżdżali do nas. Pojechaliśmy odebrać ich z lotniska. W duszy liczyłem, że jakieś dobre Mołdawianki będą, ale nie kurwa, na przylotach wysypuje się 10 Mirków mołdawskich. Kolejnym rozczarowaniem było to, że wbrew naszym oczekiwaniom Mołdawia nie postanowiła oddelegować do Polski swoich synów, którzy opanowali język angielski w stopniu co najmniej komunikatywnym – z tych 10 typów dogadać się dało z jednym, i to też kurwa ciężko xD. Był on dowódcą delegacji i tłumaczył reszcie wszystko, co mówiliśmy. Zaskoczeniem nie było dla nas natomiast to, że organizacja naszych mołdawskich przyjaciół miała cele statutowe zbliżone do naszych, co poznaliśmy po tym, że wszyscy przyjechali najebani xD

Uczelnia ogarnęła nam mikrobus z kierowcą na trzy dni. Załadowaliśmy ich do środka i jedziemy na uczelnię na uroczystą inaugurację wizyty. Dojechaliśmy, posadziliśmy ich na sali, przyszedł dziekan i opowiada o prawach człowieka i wielowiekowej przyjaźni polsko-mołdawskiej. Tamci oczywiście ani słowa nie skumali, nagle widocznie jednemu się znudziło, bo wstał, wyszedł na korytarz i zaczął jarać szluga xD. Reszta jak to zobaczyła, to poleciała za nim, i stali w 10, i palili xD. My zostaliśmy w sali w 10 Polaków plus dziekan, atmosfera zrobiła się trochę niezręczna, więc sami sobie zaczęliśmy bić brawo po przemówieniu dziekana, podczas gdy na korytarzu słychać już było ciecia drącego mordę na Mołdawian, którzy gówno rozumieli, więc nic sobie z tego nie robili xD. Po zakończeniu części oficjalnej zapakowaliśmy ich znowu do busa i zabraliśmy na starówkę, żeby sobie chłopaki zobaczyli trochę polskiego dziedzictwa kulturowego.

Postawiliśmy ich na placu i mówię do Dimitru, który był ich hersztem, że dawaj, ziomuś, tłumacz, będę przewodnikował. No to jadę, że to Zamek Królewski, to Kolumna Zygmunta, tu gołębie chodzą, ale tamten kurwa zupełnie co innego im mówi – nie trzeba być przysięgłym tłumaczem polsko-mołdawskim, żeby to ogarnąć. Chuj wie, co im tam powiedział, ale nagle wszyscy po prostu spierdolili, i to we wszystkie strony świata xD. Mówię, Dimitru, ja pierdolę, co ty żeś odjebał, a on, że SUWENIR, SUWENIR, WE BE BACK HALF HOUR, po czym też spierdolił xD. Czekamy na nich jebaną godzinę pod tą kolumną, ani widu, ani kurwa słychu. Myślimy – pogubili się kurwa, mamy przejebane, przyjaźń polsko-mołdawska legła w gruzach, wyjebią nas ze studiów. W panice rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy latać po starówce, i ich łapać. Było to o tyle proste, że ci Mołdawianie się wizualnie różnili od Polaków, bo mieli taki bardziej południowo-europejski, lub, jak kto woli, arabski wygląd xD. Biegniemy z ziomkiem ulicą, patrzymy, są kurwa, walą browary w jakimś ogródku piwnym. Nie wiem, co im odjebało, ale każdy w międzyczasie zdążył sobie kupić jebaną ciupagę jako SUWENIR. Jeszcze jakby jeden kupił ciupagę, drugi jakiś kubek ZAKOCHAJ SIĘ W WARSZAWIE, trzeci magnes na lodówkę i breloka itd., tobym skumał, ale nie kurwa, wszyscy ciupagi. Wyglądaliśmy jak arabska wersja Zespołu Pieśni i Tańca „Podhale” xD

Dobra, zaganiamy ich do tego busa, bo znowu spierdolą. Trzeba było ich trzymać za fraki, bo po drodze połowa się rzuciła do okienka z goframi i mało brakowało, żeby się znowu pogubili. W busie się okazuje, że jednego nie ma. O kurwa, o ja pierdolę, idę go szukać. Pół starówki przebiegłem, widzę skurwiela, taszczy coś. Musiałem podejść bliżej, bo aż nie wierzyłem – AKORDEON, typ sobie zamiast ciupagi kupił kurwa akordeon, nie sądziłem nawet, że to na starówce sprzedają. Dobra, niech ma chłopak pamiątkę, łapię go za chabety i ciągnę do tego busa. Opierał się kurwa jak wół jakiś, widocznie też chciał lecieć do gofrów xD. Słowa nie znał po angielsku, więc jak go dopchałem do busa, to pot ze mnie kapał, taki typ stawiał opór, bo nic mu się nie dało przetłumaczyć, ciągle darł mordę po mołdawsku xD. Wpierdoliłem go tam siłą i jedziemy, ale typ cały czas się awanturuje. Mówię, Dimitru, ten twój koleżka to jakiś jebnięty czy jak? A Dimitru, że on tego typa nie zna.

WHAT DO YOU MEAN YOU DON’T KNOW?

HE NOT OUR FRIEND, WHERE OUR FRIEND VOVA?!

Po 10 minutach awantury udało się ustalić, że przemocą porwałem ze Starego Miasta przedstawiciela mniejszości romskiej, niezwiązanego zupełnie z Mołdawią xDDD. Vova został w barze, bo jak ich znaleźliśmy, to był akurat w kiblu. Słodki Jezu, drę się na kierowcę, żeby zawracał. Z ziomkiem wzięliśmy tego Dimitru (we dwóch, jakby chciał spierdolić na gofry), żeby nam pomógł w identyfikacji, i idziemy szukać zaginionego Mołdawianina. Cygana wypuściliśmy, a ten mnie opluł z zemsty i zaczął grać na akordeonie. Kierowcy kazaliśmy pod żadnym pozorem nie otwierać drzwi, żeby nam 8 pozostałych typów nie uciekło, jak nas nie będzie. Zapierdalamy do tego pubu, jest kurwa Vova, wali czwarte piwo jak gdyby nigdy nic, u boku oczywiście jebana ciupaga xDDD

Jeszcze jak wróciliśmy do busa, to dostaliśmy opierdol od kierowcy, bo ośmiu Mołdawian znudziło się czekaniem, więc jak jeden mąż odpalili szlugi i się zrobiła turbociupaga w aucie xD. Potem zawieźliśmy ich do Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby się dowiedzieli co nieco o cierpieniach narodu polskiego. Jak chcieliśmy wejść, to bileterka pokazała na Vovę (trzymaliśmy go blisko nas, na przodzie grupy, żeby znowu nie zginął xD) i powiedziała, że z ciupagami nie wpuszczają. Jak próbowaliśmy im to wyjaśnić, to w tłumaczenie Dimitru musiał wkraść się jakiś błąd, bo wynik był taki, że wszyscy się wkurwili na Vovę, że to niby przez niego nie możemy wejść xD. Zaczęli mu cisnąć po mołdawsku, a ten nie wytrzymał napięcia i jednemu ze swoich rodaków wypierdolił tą ciupagą w cymbał, aż tamten wleciał w jakiś stolik z materiałami edukacyjnymi xDDD. Po tym zajściu z muzeum wyjebali nas już zupełnie.

Tych przygód było już za wiele, więc zabraliśmy ich po prostu do akademika, gdzie mieli mieszkać. Reszta dnia upłynęła im na waleniu polskiej wódy, a nam – na uspokajaniu baby z recepcji, która miała straszny ból dupy, że na korytarzu nie wolno palić, czemu z pasją oddawali się wszyscy nasi mołdawscy przyjaciele, a od czego żadnymi prośbami ani groźbami nie dało się ich odwieść xDDD

Do końca wizyty nie wypuszczaliśmy ich z akademika poza grupowymi, ściśle przez nas nadzorowanymi wycieczkami do żabki po alko. W żabce akurat sprzedawali też jakieś pluszaki w ramach jakiejś promocji, więc Mołdawianie nie mogli przegapić takiej okazji i każdy powrócił do ojczyzny, dzierżąc w jednej dłoni ciupagę, a w drugiej maskotkę z Gdzie jest Nemo.

Otwórz jako osobną stronę →
Winda

Miesiąc temu pisałem, że wspólnota mieszkaniowa, której jestem członkiem, postanowiła przeprowadzić w moim bloku inwestycję, polegającą na wymianie pionów kanalizacyjnych. Dzisiaj okazało się, że ambicje inwestycyjne zarządu wspólnoty wykraczają daleko poza rury od kibla, na obszary znacznie bardziej prestiżowe. Ale od początku.

Siedzę przed kompem, walenie w drzwi, dozorca z ryjem, czy znowu kartki o spotkaniu nie widziałem, to już nawet nie chciało mi się śmieszkować, tylko oczy po sobie i grzecznie idę do kanciapy w piwnicy, gdzie odbywają się narady wspólnoty naszego budynku. Na dole już wszyscy czekają, znowu komentarze, że OOO PROSZĘ, PROSZĘ, KTO TO SIĘ RACZYŁ POJAWIĆ, to ja burak na twarzy i siadam na ostatnim wolnym krześle. Prowadzącymi spotkanie byli jak zwykle typ z administracji i dozorca, a gościem dnia – jakaś kobieta w garsonce. Taka była elegancka, że oprócz stęchlizny i zapachu kiszonych ogórków z piwnicy obok czuło się w powietrzu zakłopotanie moje i sąsiadów, że taka osobistość musi się z nami w tej zagrzybionej kanciapie, jak na ironię, kisić. Gdybyśmy nie byli ludźmi, tylko ogórkami uwięzionymi w jednym słoiku, to my byśmy byli normalnymi ogórami z działki, co trochę wyrosły, a trochę nie, bo człowiek nie zawsze miał czas je podlewać. Ona natomiast byłaby ogórkiem typu PREMIUM, importowanym z Danii, gdzie wszystko się podlewa sterowanym komputerowo systemem nawadniającym z certyfikatem unijnym NATURA 9000.

Oprócz skrępowania cała nasza wspólnota odczuwała także ciekawość, kim ta tajemnicza kobieta jest, więc wszyscy się ucieszyli, gdy typ z administracji szybko przeszedł do rzeczy.

TAK WIĘC JAK KTOŚ NIE WIE, TO BENDO W BUDYNKU REWITALIZOWANE WINDY I TUTAJ WŁAŚNIE MAMY PRZYJEMNOŚĆ GOŚCIĆ PANIOM DYREKTOR Z FIRMY, CO ROBI WINDY, KTÓRA NAM TUTAJ WYKONA PREZENTANCJE. BRAWO.

No to wszyscy oczywiście BRAWO, żeby jej trochę osłodzić żywot w naszej kanciapie, a ona wtedy łapie za jakieś szmaty, co wisiały za nią, ściąga je na podłogę, a spod nich wyłaniają się dwie sztalugi, takie jak do trzymania obrazów, tylko zamiast tego są na nich postawione dwa kawałki blachy, takie wielkości metr na metr.

SZANOWNI PAŃSTWO. WANDALIZM. PLAGA NASZYCH CZASÓW. ZMORA LOKATORÓW.

W myślach mówię, że ogólnie się zgadzam, ale weź kurwa kobieto nie stawiaj werbalnej kropki co drugi wyraz, tylko mów normalnie.

CZY WIEDZĄ PAŃSTWO. ŻE. WINDY SĄ DRUGIM. NAJCZĘŚCIEJ WANDALIZOWANYM. ELEMENTEM BUDYNKU. ZARAZ PO ELEWACJACH?

Na tę wieść jakiejś kobiecie się z przerażenia aż wyrwało JEZUS MARIA… a pozostali na to CIIIII! CIIII!

NASZA FIRMA. W PAŃSTWA BUDYNKU. JAK TUTAJ PAN ADMINISTRATOR. PRAWDA. WSPOMNIAŁ. BĘDZIE REWITALIZOWAŁA WINDY. TO KROK. PIERWSZY KROK. DO PODNIESIENIA STANDARDU. BUDYNKU. DO RANGI REZYDENCJI.

Po kanciapie przeszedł szmer zachwytu. Piony kanalizacyjne, teraz windy, zaraz jeszcze klatkę odmalują, może nawet nam pani dyrektor załatwi, żeby grzyba w piwnicy zlikwidowali. Kobieta tu do nas zeszła na ziemię jak papież, zanim się jeszcze urodziłem, i zasobami eleganckiej firmy, w której jest dyrektorem, odnowi oblicze naszego bloku. Że już nie będzie blokiem, tylko rezydencją, a w rezydencji to wiadomo.

Natomiast jeżeli nie wiadomo, jak jest w rezydencji, to już tłumaczę: ludzie sobie mówią dzień dobry, po psach się sprząta, a młodzież nie zakłóca ciszy nocnej. Nawet dozorca nie pali szlugów pod oknem baby z parteru i w związku z tym jej nie leci dym do kuchni, o co było u nas wiele afer. Dozorca nie jest już nawet dozorcą, tylko kierownikiem recepcji albo konsjerżem, i sobie pali cygara na fotelu skórzanym u siebie w mieszkaniu w dużym pokoju, który już nie jest dużym pokojem, tylko LIVING ROOMEM. A te cygara mu nawet nie szkodzą, bo w dużym pokoju to sobie można usiąść na wersalce i umrzeć na zawał albo raka płuc, a w living roomie się żyje – jak nazwa wskazuje. A w piwnicach w rezydencjach to już na pewno nie ma jebiących ogórów kiszonych z działki, co śmierdzą pleśnią, tylko są duńskie ogórki PREMIUM.

Jak zgromadzeni się uciszyli, to pani dyrektor kontynuowała.

ABY PRZECIWDZIAŁAĆ. WANDALIZMOWI. OFERUJEMY PAŃSTWU DO WINDY. SYSTEM COBRA PROTECT.

Typ z administracji mówi BRAWO, a wszyscy biją brawo na cześć tego systemu.

PROSZĘ SPOJRZEĆ. BIORĘ ZWYKŁY KLUCZ. I PRZEJEŻDŻAM NIM. PO WYKOŃCZENIU ZWYKŁEJ WINDY. I CO? SIĘ W TYM MOMENCIE DZIEJE? RYSA.

I faktycznie przejechała kluczami po jednej z tych dwóch blach, co prezentowała, i została na niej rysa.

I TA SŁABOŚĆ. JEST WYKORZYSTYWANA PRZEZ WANDALI. RYSUJĄ RÓŻNE. PRAWDA. ŻE TAK SIĘ WYRAŻĘ. ŚWIŃSTWA. CZY TAKĄ WINDĄ? SIĘ POTEM? PRZYJEMNIE? JEŹDZI?

Ludzie zaczęli krzyczeć NIEEEE, jak się krzyczało chórem całą klasą w podstawówce, jak się nauczycielka pytała, czy ma zadać pracę domową na weekend.

A TERAZ PROSZĘ SPOJRZEĆ. NA WYKOŃCZENIE POKRYTE SYSTEMEM COBRA PROTECT. RYSUJĘ KLUCZAMI. I CO? I NIC. BRAWO.

Po tym popisie możliwości system COBRA PROTECT został nagrodzony regularną owacją na stojąco. A kobieta z firmy robiącej windy dla dalszego podgrzania atmosfery mówi, że każdy może sam podejść i przetestować. Ludzie onieśmieleni, wstydzili się do tak ekskluzywnego systemu zbliżyć, aż w końcu przed szereg został wypchnięty pan Marian, co mieszka pod dwunastką. Pani dyrektor dała mu klucze i ustawiła przed zwykłą blachą, bez Cobry, żeby był lepszy efekt.

Pan Marian mówi, że nie wie, co napisać, to dyrektorka tłumaczy, żeby jakiś taki przykład dać z rzeczywistości, że to, co można było dotychczas u nas w windzie znaleźć. No to Marian myśli, myśli, a potem mówi, że on się wstydzi. Wtedy jedna sąsiadka wstaje i mu tłumaczy PANIE MARIANIE, ŚMIAŁO. MY TUTAJ WSZYSCY PRZECIEŻ TO SAMO MAMY NA MYŚLI. KAŻDY DOSKONALE WIE, O CO CHODZI, NIE JESTEŚMY DZIEĆMI. To Marian pyta TAK? A ona potwierdza, że TAK. Rozochocony tłum sąsiadów dla dodania otuchy zaczął aż skandować MA-RIAN! MA- -RIAN! MA-RIAN! Ostatni raz takie rzeczy to widziałem w 2001, w telewizji, w teleturnieju Idź na całość.

W tej sytuacji pan Marian zdobył się na odwagę i pisze. HUJ.

Wszyscy BRAWO! Bo wszystkim dokładnie o to chodziło. Na fali entuzjazmu jakaś sąsiadka przedstawia wniosek, żeby jeszcze dopisać CIPA, bo to też u nas w windzie było. Wniosek przyjęto przez aklamację, pan Marian pisze kluczami po blasze. Jakiś typ się wyrywa, że w tej sytuacji LEGIA NA ZAWSZE HWDP też nie można pominąć, bo to by było zakłamywanie rzeczywistości. BRAWO.

Odzywa się dozorca, że pani Malinowska, proszę tego nie brać do siebie, ale jeżeli test ma być wiarygodny, to trzeba pisać wszystko, czyli również, że MALINOSKA TO KURWA. Marian pisze, a Malinowska zaczyna protestować, że TAK? TO MOŻE NA SIEBIE PAN COŚ NAPISZ. CZYLI NA ŻYDÓW! CO PAN MYŚLI, ŻE JA NIE WIEM?! Pan Marian prosi, żeby doprecyzować, co konkretnie, bo on się na Żydach nie zna, to Malinowska dookreśliła, że Gwiazda Dawida na szubienicy będzie dobrze.

No dobra. Na to oponuje taka młodsza sąsiadka, że SAMA SE NA SIEBIE NAPISZ, MOHEROWY BERECIE, ALBO NA TEGO SWOJEGO RYDZYKA i składa wniosek, żeby do MALINOSKA TO KURWA dopisać jeszcze STARA. Wtedy inny sąsiad się wychyla, żeby na dozorcę napisać, że jest KONDON, a na tę młodą, że jest DUPODAJA. Wtedy ta dyrektorka z firmy windowej zaapelowała o spokój, ale zaczęła się już banderoza na całego i nadawanie każdy na każdego, a pan Marian to tak musiał zasuwać kluczami po tej blasze, że iskry leciały. Z 15 minut pisał non stop, a jak skończył, to na blasze były takie rzeczy, że nie nadają się do przytoczenia nawet w moich moralnie wątpliwych historiach.

Wtedy jeden emeryt-rencista proponuje, żeby tak pojednawczo dopisać POLSKA. A dlaczego POLSKA? TU NIE MA DLACZEGO, JAK NA MECZACH ŚPIEWAJĄ POLSKABIAŁOCZERWONI, TO TEŻ SIĘ NIKT NIE PYTA DLACZEGO. BO TAK! Nikt nie protestował, bo nie chciał, żeby wyszło, że jest przeciwko Polsce, więc dopisano. Natomiast efekt był nie najlepszy, bo na środku było POLSKA, a dookoła te wszystkie straszne rzeczy. Ktoś trafnie zauważył, że jak do nas do bloku przyjedzie na przykład jakiś cudzoziemiec i wejdzie do windy, i to zobaczy, to pomyśli, że tak właśnie jest w Polsce. W tej sytuacji postanowiono, że trzeba jasno przekazać, że tak właśnie w Polsce nie jest, tylko zupełnie odwrotnie, więc do POLSKA dorysowano szubienicę, na tej samej zasadzie co do gwiazdy Dawida. Okazało się to być decyzją dosyć pochopną, bo według niektórych lokatorów wyglądało to jeszcze gorzej niż przed szubienicą, więc się znowu zaczęła turboawantura.

Ta dyrektorka wtedy była już bliska płaczu i zaczęła tłumaczyć, że szanowni państwo, jak u państwa zainstalujemy windę z systemem ochronnym COBRA PROTECT, to właśnie nie będzie tego całego problemu, bo będzie czysto, nienamazane!

Na to pani Malinowska mówi O NIE, NIE, NIE, PANI KOCHANA! TO NA MNIE JEST TYLE NABAZGRANE, A JA TYLKO JEDNO NAPISAŁAM NA DOZORCĘ I TERAZ NAGLE MA BYĆ KONIEC? GDZIE TU SPRAWIEDLIWOŚĆ?!

Te wątpliwości spotkały się z szerokim poparciem, bo właściwie każdy miał poczucie, że na niego było napisane więcej, niż on napisał na innych, więc każdy chciał jeszcze kilka rzeczy dodać. Natomiast na początek zgodnie ustalono, żeby na tę dyrektorkę napisać, że jest SUKA JEBANA. Wtedy ona się poryczała i wybiegła z kanciapy, a za nią typ z administracji, bo widocznie się bał, że go zlinczujemy – nie bez powodu zresztą, bo pewne groźby w jego kierunku na modelu windy już się pojawiły. Jak w końcu zabrakło miejsca na blasze, to próbowano pisać jeszcze na tym drugim modelu, pokrytym systemem COBRA PROTECT, ale faktycznie się nie dało, więc w tej sytuacji wszyscy poszli do domu z cichym zadowoleniem, że w windzie, którą mamy obecnie, na każdego jest świństw napisane po tyle samo. Pani dyrektor się zresztą o tym przekona, bo będzie musiała do nas wrócić, bo pan Marian spod dwunastki ciągle ma jej klucze od domu.

Otwórz jako osobną stronę →
Złota piwnica

Siedzę w mieszkaniu i – jak to mówi moja matka – nic nie robię, tylko patrzę w ten komputer i oczy sobie niszczę. Nagle ktoś niepokojąco energicznie puka w drzwi, więc lecę otworzyć. Za drzwiami zastaję dozorcę, który od razu wylatuje na mnie z mordą ŚLEPY PAN JESTEŚ? – tak pyta, jakbym na niego wpadł z bara na ulicy albo na parkingu pod hipermarketem swoim samochodem wjechał w jego samochód. To go pytam A BO CO?, a on z kolei pyta, czy KARTKI ŻEŚ PAN NIE WIDZIAŁ? To mu mówię, żeby chociaż jakiś ogólny rysopis podał, tak jak się robi, jak się wiesza ogłoszenie o zaginiętym psie lub kocie, że na przykład kartka koloru białego, w rozmiarze A4, o gramaturze 80g, dla uczciwego znalazcy nagroda pieniężna i podziękowania imienne. On już podkurwiony mówi, że nie czas na wygłupy, bo jest spotkanie i wszyscy sąsiedzi na mnie czekają.

 

GDZIE?

 

W KANCIAPIE!

 

Wtedy uświadomiłem sobie, że sprawa musi być niebagatelna. KANCIAPA to zwyczajowe określenie miejsca o oficjalnej nazwie KLUB LOKATORA, czyli pomieszczenia w piwnicy składającego się z 10 metrów kwadratowych, 10 krzeseł szkolnych, biurka i turbogrzyba na ścianie, który rozwija się tak, że do listopada będzie mógł już prawdopodobnie legalnie kandydować w wyborach na prezydenta Warszawy. W kanciapie odbywają się spotkania lokatorów, na których zapadają wszystkie najważniejsze decyzje dotyczące naszej wspólnoty – zarówno w wymiarze mieszkaniowym, jak i ogólnoludzkim.

 

Wpadamy tam z dozorcą, ludzie już oczywiście podkurwieni na mnie i zaraz komentarze NOOO, W KOŃCU, ILE MOŻNA BYŁO CZEKAĆ, bo wszyscy muszą pilnie gotować obiad albo odbierać dzieci z przedszkola. Bez zbędnych opóźnień przechodzimy do tematu spotkania, czyli tego, że będą u nas w klatce wymieniane piony kanalizacyjne. To generuje kolejne komentarze NOOO, W KOŃCU, ILE MOŻNA BYŁO CZEKAĆ – poniekąd umniejszyło to moją winę, bo na mnie czekali tylko 10 minut, a na wymianę pionów – 10 lat.

 

Za biurkiem siedzieli zarządcy spotkania, czyli dozorca, typ z administracji, majster z firmy, co będzie piony wymieniała, i jego przydupas, typowy MŁODY, który nic nie mówił, tylko miał swoją osobą prezentować, jak będzie wyglądała siła robocza. Zaznajomili nas z różnymi aspektami organizacyjnymi przedsięwzięcia, typu u kogo w mieszkaniu ile czasu będzie robione, sąsiedzi sobie trochę ponarzekali, że co tak długo, ale ogólnie temat został szybko klepnięty i już można iść gotować obiad i odbierać dzieci. Na koniec majster mówi tylko, że oni by chcieli teraz zajrzeć do piwnicy numer 13, bo tam wychodzi pion i oni go muszą obejrzeć, żeby coś tam oszacować.

 

Na tę wiadomość dozorca i kilku co bardziej kumatych sąsiadów robią UUUUUUU, oznaczające, że to ciężka sprawa. Ciężka sprawa dlatego, że ta piwnica należała do świętej pamięci pani Helenki Dębińskiej, która miała ze sto lat, jak rok temu umarła śmiercią naturalną. Moja matka trochę pomagała Dębińskiej, bo wszystkie jej dzieci i wnuki mieszkały w Kanadzie, więc była sama i niezaradna życiowo. W związku z tym również ja byłem czasami delegowany, żeby jej przynieść ze sklepu zgrzewkę, żebym się w końcu do czegoś przydał, bo tak to nic nie robię, tylko patrzę w komputer i sobie niszczę oczy.

W każdym razie jak Dębińska umarła i ją listonosz znalazł, to w ogóle nie było wiadomo, co z nią zrobić, bo wszyscy potencjalni spadkobiercy byli na drugim końcu świata. Moja matka wtedy wymyśliła, że skoro się znam na tym internecie, to ich za jego pośrednictwem znajdę i powiadomię. No niby kurwa jak, miałem napisać maila na kanada@kanada.com, że uprasza się potomków pani Heleny Dębińskiej o stawienie się u nas w bloku w Warszawie w celu pochówku? Skończyło się tak, że pochował ją ZUS, a mieszkanie zaplombowano i elo.

 

Stąd też problem, bo nie wiadomo, jak piwnicę otworzyć. Majster mówi, że bez oględzin to oni nawet wyceny nam nie mogą zrobić. Typ z trzeciego piętra zaproponował, żeby w takim razie po prostu drzwi wyjebać łomem i po kłopocie, a jak ci z Kanady kiedyś przyjadą i się będą burzyć, to im zadamy pytanie retoryczne, gdzie byli, jak trzeba było się matką na starość zajmować.

 

Typ z administracji jednak odpowiada, że tak niestety być nie może, trzeba wszystko robić zgodnie z literą prawa, bo potem ci z Kanady mogą przyjechać i powiedzieć, że coś niby z piwnicy zginęło, i będzie afera. Zapadła zatem decyzja o utworzeniu Tymczasowego Komitetu Wyjebania Drzwi Od Piwnicy, w którego skład wchodzili majster i Młody jako przedstawiciele władzy wykonawczej, dozorca i typ z administracji jako przedstawiciele władzy ustawodawczej, oraz ja jako przedstawiciel władzy sądowniczej, czyli lokatorów. Na to zaszczytne stanowisko zostałem wybrany tak, że baba z drugiego piętra powiedziała

 

TO MOŻE PAN KAWALER PÓJDZIE, ŻEBY NIE BYŁO TAK, ŻE OSTATNI PRZYCHODZI, A PIERWSZY WYCHODZI.

 

Dobra, sąsiedzi poszli po domach, a my w pięciu idziemy na korytarz w piwnicy pod te drzwi. Na drzwiach kłódka. Każdy z członków komitetu po kolei do niej podchodzi, bierze w ręce, ciągnie, wygina, kręci głową, odchodzi i to samo robi następny. Ja też niby pooglądałem, żeby nie wyszło, że jestem jakiś debil, co się nie zna na kłódkach i innych męskich sprawach. Po komisyjnych oględzinach stanęliśmy dookoła, chwila niezręcznej ciszy i majster mówi, że

 

TAK TO NIE DA RADY, TO TRZEBA DIAKSEM.

 

W naszym kraju jest tak, że zawsze jak się gdzieś w dowolnym celu spotka pięciu facetów, to koniec końców zawsze dojdą do konkluzji, że czegoś się nie da zrobić i trzeba iść po diaksa – nawet jakby to był jakiś wieczorek poetycki albo operacja neurochirurgiczna. Tak było i tym razem, do przyniesienia diaksa z dostawczaka oddelegowany został przez majstra naturalnie Młody, a my stoimy i dalej patrzymy na drzwi. Majster zagaduje:

 

W TAKICH PIWNICACH TO RÓŻNE RZECZY MOŻNA ZNALEŹĆ. W ZESZŁYM ROKU MIELIŚMY ROBOTĘ, ŻE KOBITA KUPIŁA MIESZKANIE NA ŚRÓDMIEŚCIU, DO PIWNICY 50 LAT NIKT NIE WCHODZIŁ, KLUCZY NIE BYŁO, MY OTWIERALIŚMY I WIESZ PAN CO?

 

CO?

 

ZŁOTO TAM ZNALEŹLIŚMY!

 

JAKIE ZŁOTO?

 

NO PRAWDZIWE ZŁOTO, POŻYDOSKIE PEWNIE. TA WŁAŚCICIELKA TO NAM O TAK NA RĘCE PATRZYŁA, ŻEBYŚMY NIC NIE WZIĘLI! TRZY KILO, WYOBRAŻA PAN SOBIE?

 

To typ z administracji mówi, że on się na złocie nie zna, ale na nieruchomościach owszem, więc przypuszcza, że za takie trzy kilo złota to jej się całe mieszkanie zwróciło. Dozorca zaraz dodaje, że on ostatnio w gazecie czytał, że gdzieś we Francji robotnicy remontowali dom i znaleźli w ścianie złote monety, co były warte milion euro.

 

W tym czasie wrócił Młody i płynnie wszedł w temat, jak tylko usłyszał ZŁOTO, bo pewnie majster przy nim już kilka razy tę historię ze Śródmieścia opowiadał, a może nawet Młody sam tam był i przynosił diaksa również do tamtej piwnicy. Młody więc mówi, że to głowa mała, co niektórzy ludzie po piwnicach trzymają. Można raz taki złoty strzał trafić, jakieś dzieła sztuki, kosztowności i człowiek jest ustawiony do końca życia.

 

I nagle zapadła taka dziwna cisza i wszyscy się po sobie patrzą porozumiewawczo, jeden drugiego bada wzrokiem. Patrzyli się na siebie we czterech, a jak już się porozumieli optycznie, to dopiero wszyscy zaczęli patrzeć na mnie, bo w hierarchii naszego komitetu stałem niżej nawet od Młodego. Ale coś takiego nienaturalnego mieli w oczach, zaczęły im się świecić takim złym blaskiem, jakby gorączka złota ich ogarnęła. Poczułem, że zostałem tutaj uznany za najsłabsze ogniwo, że oni wszyscy telepatycznie postanowili, że jak znajdziemy złoto, to dupa cicho i je bierzemy, nic nie mówimy ani na policji, ani tym bardziej żadnej rodzinie z Kanady. I że oni teraz podejrzewają, że ja mogę się z tego układu wysypać i ich sprzedać, i nici z bycia ustawionym do końca życia. I że gotowi mi w tej piwnicy dać przez łeb bez świadków, potem pociąć na kawałki (co byłoby o tyle łatwe, że diaksa już mieli pod ręką) i mnie zostawić tam, gdzie było złoto. A jakby mnie ktoś kiedyś znalazł, toby się zwaliło winę na świętej pamięci panią Helenkę, bo jej i tak przecież już wszystko jedno.

 

Aby uniknąć takiego losu, musiałem stać się częścią spisku, więc powiedziałem

 

NO TAKA PRAWDA.

 

Co być może uratowało mi życie, bo jak się w naszym kraju spotka gdzieś pięciu facetów i jest chwila ciszy, i któryś coś takiego powie, to wiadomo, że wszyscy się rozumieją.

 

I teraz porozumienie niewerbalne zaczęło się werbalizować i wszystko już się szybko potoczyło.

 

HEHE MOŻE I MY TUTAJ JAKIEŚ ZŁOTO ZNAJDZIEMY.

 

PAN TO MASZ WYOBRAŹNIĘ HEHE.

 

HEHE JAK TEN ZŁOTY POCIĄG, CO BYŁ WE WAŁBRZYCHU HEHE.

 

NO JAKOŚ BYŚMY SIĘ HEHE DOGADALI.

 

NO ALE WIECIE PANOWIE, PRAWO JEST TAKIE, ŻE NA CZYIM TERENIE TO SIĘ ZNAJDZIE, TEN HEHE DOSTAJE POŁOWĘ, A TO JEST TEREN ADMINISTRACJI.

 

 To oczywiście powiedział typ z administracji, a na reakcję nie trzeba było długo czekać.

 

TO PAN TAKI JESTEŚ?

 

NO WŁAŚNIE! JA TU 40 LAT JESTEM DOZORCĄ, PANI HELENCE ZAWSZE I DZIEŃ DOBRY, I DO WIDZENIA MÓWIŁEM!

 

A DIAKSA NIBY KTO DAŁ, NO KTO?!

 

Na co typ z administracji odpowiedział

 

A GÓWNO, co jest odpowiednikiem NO TAKA PRAWDA, tylko w drugą stronę.

 

Majster jak go złapał za fraki, zaczęli się szarpać, Młody już się zamachnął diaksem na dozorcę, ale w tym momencie majster wpadł w drzwi, odbił się od nich, a one się całe rozjebały, bo były przepróchniałe.

 

Wtedy znowu sekunda grobowej ciszy, wszyscy patrzą po sobie, potem w mrok piwnicy, po czym się w pięciu rzucamy do środka, który pierwszy złoto złapie. Zapalamy światło, a tam na podłodze same śmiecie i centralnie wibrator – być może nawet pożydowski. No kurwa wryło nas. Aż zdjęcie zrobiłem telefonem.

 

Cały komitet powrócił do zdrowych zmysłów i stoi skonfundowany. Dozorca zaraz mówi, że on na pewno tego nie będzie wysyłał tej rodzinie do Kanady, bo na poczcie toby się chyba spalił ze wstydu. Na to majster nagle odpowiada, że jak nikt nie chce, to on by sobie chętnie wziął.

 

A NA CO TO PANU?

 

BO BRAT HEHE W SENSIE TEN… NO… SZWAGIER MA OSIEMNASTKĘ, W SENSIE KAWALERSKI, TO BĘDZIE TAKI HEHE ŚMIESZNY PREZENT.

 

Administrator z dozorcą już wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, że TAAAAA, NA PEWNO KAWALERSKI XD.

 

A majster tylko do Młodego NO MŁODY, DAWAJ, IDZIEMY, BO NASTĘPNA ROBOTA CZEKA, złapał wibrator i się ulotnili, nawet nie obejrzeli tego pionu kanalizacyjnego, który przyszliśmy komisyjnie sprawdzać. Ja też poszedłem do siebie, usiadłem znowu przed komputerem nic nie robić, tylko sobie niszczyć oczy, i nagle słyszę, jak pod oknem majster z Młodym się pakują do dostawczaka.

 

ALE PANIE MAJSTRZE, PAN SE CHYBA TEGO NIE BĘDZIESZ WKŁADAŁ, CO?

 

W ŁEB SIĘ KURWA PIERDOLNIJ BARANIE JEBANY! TRZEBA NA CZĘŚCI ROZEBRAĆ, BO MOGLI W ŚRODKU TO ZŁOTO SCHOWAĆ!

 

Otwórz jako osobną stronę →
Zawiślakowie

Co poniektórzy, a konkretnie ci, którzy śledzą mnie w internecie, słyszeli o trudnych warunkach, w jakich przyszło mi obecnie żyć i tworzyć. Pozostałych pokrótce informuję, że znalazłem się w starym domu na wsi, do którego jeżdżę, jak chcę, żeby nikt mnie nie wkurwiał. W domu od czasu mojego ostatniego pobytu odcięto prąd, bo nie docierały do mnie rachunki z elektrowni, więc siłą rzeczy do elektrowni nie docierały również moje opłaty xD. Wymusiło to na mnie chwilowe przejście z pisania cyfrowego na analogowe oraz pozyskiwanie światła ze znalezionej w domu lampy naftowej, świeczek oraz zniczy z Orlenu, które szczęśliwie dla mnie znalazły się w jego asortymencie sezonowym ze względu na nadchodzący dzień Wszystkich Świętych. Obecne warunki mojej pracy ilustruje zamieszczona tutaj fotografia xD

 

 

Problem braku prądu w laptopie i telefonie udało mi się już rozwiązać, bo dogadałem się z babą w wiejskim spożywczaku (20 minut jazdy rowerem składakiem po dziadku), że mogę się u niej podładowywać sprzęt za pięć złotych dziennie i zobowiązanie do nierzucania butelek po piwie pod sklepem. Nadal pozostawał jednak problem braku światła, więc dzisiaj rano po raz kolejny udałem się na Orlen (30 minut jazdy rowerem składakiem po dziadku) w celu dokupienia zniczy cmentarno-oświetleniowych.

Zajechałem na Orlen, biorę 10 zniczy, czipsy, jakiś czteropaczek, to wszystko do plecaka i wsiadam na rower. W tym momencie pod stację podjeżdża lodówa straży gminnej, która jest tutaj odpowiednikiem straży miejskiej, tylko siłą rzeczy się inaczej nazywa, bo działa w gminie, a nie w mieście. Strażnicy zatrzymują się tuż koło mnie i opuszczają okno

 

DZIEŃ DOBRY PANU. A CO, SZKOŁA TO DZISIAJ NIECZYNNA?

 

To pytanie wzięło się prawdopodobnie stąd, że z mordy wyglądam na mniej lat, niż mam w rzeczywistości, i jak się ogolę, to nawet mnie czasami u mnie w osiedlowym spożywczaku pytają o dowód, jak chcę kupić szlugi. Pełen wyrozumiałości odpowiadam więc grzecznie strażnikom gminnym, że nie wiem, czy czynna, czy nieczynna, bo obowiązek szkolny to ja mam za sobą od jakichś 10 lat. Strażnicy na to robią ironiczne

 

AHAAAA.

 

YHYYYM.

 

NO TO W TAKIEJ SYTUACJI PAN TYLKO DOWODZIK POKAŻE I JUŻ PANU NIE PRZESZKADZAMY.

 

W tym momencie myślę: O KURWA. Myśl ta wzięła się stąd, że jak jadę po lesie na składaku, to przecież nie będę brał portfela, kompletu dokumentów i telefonu, bo jeszcze pogubię, więc na wyprawę na stację wziąłem ze sobą tylko pięć dych, plecak i rzeczony składak. Mówię więc strażnikom uczciwie, że nie mam przy sobie dowodu, na co w odpowiedzi pada standardowe UUUU, NO TO BĘDZIE CIĘŻKA SPRAWA.

 

Jako że byłem już kilka razy spisywany, to jest mi wiadome, że w takich sytuacjach podaje się słownie swoje dane, oni przez krótkofalówkę dzwonią na centralę i tam im potwierdzają, że ktoś taki faktycznie istnieje. Zajmuje to oczywiście sporo czasu, ale koniec końców jest się puszczonym wolno, więc właśnie takie rozwiązanie zaproponowałem. Strażnik gminny mówi, że NO DOBRA, TO SPRAWDZIMY.

 

Podałem imię, nazwisko, datę urodzenia, panieńskie matki, typ wyjął telefon – bo krótkofalówek widocznie nie mieli – i gdzieś dzwoni.

 

HALO? CZEŚĆ AŚKA, SŁUCHAJ, SPRAWDŹ MI TAM U WAS W URZĘDZIE, CZY FIGURUJE JAKIŚ – tu następuje podanie moich danych i chwila oczekiwania na odpowiedź Aśki z urzędu – AHA, YHYYM, NO DOBRA, TO DZIĘKI, TO SIĘ WIDZIMY W DOMU.

 

Rozłączył się, patrzy na tego drugiego i mówi TY, AŚKA POWIEDZIAŁA, ŻE U NAS W GMINIE TAKIEGO NIE MA, JEBANY FAŁSZYWE DANE PODAŁ.

 

W tym momencie myślę: O KURWA, O JA PIERDOLĘ. Typy wydzwoniły urząd gminy, w której się znajdujemy, jakąś Aśkę z wydziału kurwa ewidencji ludności, która prawdopodobnie w życiu prywatnym jest jego partnerką. Podejmuję jeszcze rozpaczliwą próbę tłumaczenia, że to absolutnie nic dziwnego, że mnie nie ma w ewidencji u pani Joanny, bo jestem zaewidencjonowany w urzędzie gminy w Warszawie. Strażnik jednak od razu rzuca ripostę obnażającą braki logiczne mojego tłumaczenia.

 

AHA, CZYLI PAN SOBIE TU PRZYJECHAŁ NA NASZĄ STACJĘ 200 KM NA SKŁADAKU Z WARSZAWY, BEZ DOKUMENTÓW, ŻEBY ROWER ZATANKOWAĆ, TAK?

 

Odpowiedzi udzielił za mnie drugi strażnik

 

DOBRA, ADAŚ, CO BĘDZIESZ Z GNOJEM DYSKUTOWAŁ, WAGAROWICZ NORMALNY, JESZCZE NAS OKŁAMAŁ.

 

I zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie, niż było, bo wyskoczyli z lodówy, jeden mnie złapał za kierownicę, żebym nie spierdolił, zaraz ZEJŚĆ Z ROWERU, POKAZAĆ PLECAK, a po plecaku się zrobiło już w ogóle najnieprzyjemniej, bo OOOO, JESZCZE ZAMIAST DO SZKOŁY, TO IDZIE ALKOHOL SPOŻYWAĆ, A POTEM NIETRZEŹWY POJAZD PROWADZIĆ. TO JUŻ BĘDZIE KURATOR.

 

Pomiędzy strażnikami zapadła decyzja, że zostanę odwieziony do szkoły xD. Zapakowali mnie na tył lodówy ze składakiem, plecakiem, czipsami i 10 zniczami cmentarno-oświetleniowymi, a czteropak został już zarekwirowany i jechał z nimi z przodu. Jeszcze zanim odjechaliśmy, próbowałem się tam z tyłu dobijać, że to pomyłka, ale typ tylko uchylił takie wewnętrzne okienko i mi powiedział, że jak nie zamknę mordy, to mi tam napsikają gazu łzawiącego, więc ja zamknąłem mordę, a on – okienko.

 

Jechaliśmy z 10 minut do jakiegoś miasteczka, w którym zatrzymaliśmy się pod zespołem szkół ogólnokształcących. Było to dla mnie pewną ulgą, bo oczywiście w szkole powiedzą, że w życiu mnie nie widzieli na oczy i z pewnością nie realizuję u nich obowiązku szkolnego, ja wtedy powiem NO PRZECIEŻ MÓWIŁEM i wyjdzie na moje. Zaprowadzili mnie prosto do gabinetu dyrektorki, gdzie siedzą dyrektorka, wicedyrektorka i sekretarka, i mówią PANI DYREKTOR, ZŁAPALIŚMY WAGAROWICZA.

 

W pomieszczeniu zapadła cisza i wszyscy się na mnie patrzą, więc korzystając z okazji znowu zaczynam energicznie tłumaczyć, że szkołę skończyłem 10 lat temu, a nawet wówczas nie chodziłem do tego liceum, bo jestem z zupełnie innego miasta.

 

PANI MU NIE WIERZY, NAM TEŻ FAŁSZYWE DANE PODAŁ, SPRAWDZALIŚMY W URZĘDZIE!

JESZCZE ALKOHOL SPOŻYWAŁ!

 

Aż tu nagle się uaktywnia wicedyrektorka, że ohohoho, ja chyba wiem kolego, kto ty jesteś, i zaczyna wertować jakiś dziennik, po czym pokazuje go dyrektorce i patrząc na mnie, triumfalnie obwieszcza

 

 SZANOWNY PAN TOMASZ ZAWIŚLAK, KTÓREGO TU DO NAS W TYM ROKU PRZENIEŚLI Z DZIAŁDOSZYNA, A KTÓRY OD WRZEŚNIA NIE RACZYŁ SIĘ JESZCZE POJAWIĆ W SZKOLE. NO MIŁO NAM W KOŃCU PANA POZNAĆ!

 

Emocje mi już w tym momencie puściły i krzyczę na nich, kurwa ludzie, jaki Tomasz Zawiślak, z jakiego Działdoszyna?! Jestem Malcolm z Warszawy, pojechałem tylko na Orlen po znicze do oświetlenia, bo mi prąd odcięli!

 

Reakcją na moją żywiołową obronę było wezwanie szkolnej psycholog i nauczyciela od WF-u, bo ON MA DO TAKICH PODEJŚCIE. W sądzie nade mną uczestniczyło więc już siedem osób, w tym dwóch nowych oskarżycieli posiłkowych. Typ od WF-u groził, że tutaj nikt mi nie będzie się ze mną cackał jak w szkole w Działdoszynie, tylko porządnie się za mnie wezmą. Psycholog była jeszcze gorsza, bo

TOMEK, POSŁUCHAJ, JESTEŚ WŚRÓD PRZYJACIÓŁ. NIC, CZYM SIĘ Z NAMI PODZIELISZ, NIE WYJDZIE POZA TEN POKÓJ. POWIEDZ NAM, CZY TY BIERZESZ DOPALACZE?

 

Ja z tego wszystkiego wpadłem już w lekką katatonię, więc siedziałem zgarbiony, chowając twarz w dłoniach, podczas gdy wicedyrektorka odczytywała pozostałym zgromadzonym z „moich” akt informacje, z jakiej to trudnej rodziny jestem.

Dyrektorka w oparciu o zeznania strażników gminnych postanowiła, że skoro jestem po piwie, to nie mogę zostać w szkole, żebym nie demoralizował innych uczniów. Zapadła decyzja, że zostanę odwieziony do domu, tylko wcześniej skontaktują się z rodzicami. To ponownie rozbudziło moje nadzieje, bo jak zadzwonią do państwa Zawiślaków, to oni się mnie na pewno wyprą, mówiąc, że przecież ich syn leży chory w domu. Wtedy też cała sytuacja się wyjaśni, a sprawiedliwość zatriumfuje.

 

DZIEŃ DOBRY, Z TEJ STRONY DYREKTOR TORBECKA Z ZESPOŁU SZKÓŁ. PROSZĘ PANI, TAKA NIEPRZYJEMNA SYTUACJA, PANI SYNA STRAŻ GMINNA PRZYWIOZŁA DO SZKOŁY, BO NA WAGARACH NIETRZEŹWY JEŹDZIŁ NA ROWERZE. KTÓREGO SYNA? NO TOMKA. TAK, TOMASZA ZAWIŚLAKA. NO WIĘC W TEJ SYTUACJI CHYBA PANI ROZUMIE, ŻE SKORO SYN SPOŻYWAŁ, PRAWDA, ALKOHOL, TO DZISIAJ NIE MOŻE UCZESTNICZYĆ W LEKCJACH. ALE PROSZĘ PANI, MOGĘ PRZERWAĆ? MNIE PANI NIE MUSI PRZEPRASZAĆ, TYLKO NIECH PANI POROZMAWIA Z SYNEM, ZARAZ GO STRAŻ PRZYWIEZIE DO DOMU, TO BĘDZIE MIAŁA PANI OKAZJĘ. NO TO DZIĘKUJĘ, DO WIDZENIA I PROSZĘ JUTRO RAZEM Z SYNEM DO MNIE PRZYJŚĆ NA ROZMOWĘ.

 

Jak się rozłączyła, to tylko popatrzyła po pozostałych zgromadzonych i z przekąsem powiedziała, że no, mamusia też chyba już z rana coś sobie dziabnęła. Następnie zostałem odprowadzony z powrotem do lodówy, przy akompaniamencie gróźb wuefisty, że on jeszcze ze mnie zrobi takiego sportowca, że mi się odechce piwka, oraz zapewnieniach szkolnej psycholog, że jak mam jakiś problem, to mogę zawsze do niej przyjść, posiedzieć, porozmawiać.

 

Razem z rowerem składakiem, czipsami i 10 zniczami strażnicy znowu wieźli mnie z 15 minut, aż dojechaliśmy pod jakiś totalnie rozpierdolony budynek mieszkalny. W środku było tak, że jak szliśmy śmierdzącą szczochem klatką schodową, to strażnicy mieli wyjęty gaz pieprzowy, na wypadek gdyby któryś z lokatorów wypadł na nich z nożem. Dochodzimy do drzwi, pukamy, drzwi się same otwierają, bo zamek jest rozjebany. W mieszkaniu melina na 9000%, na podłodze psie gówno, jakieś gazety, części połamanych mebli, butelki etc. W kuchni przy wódzie siedzą państwo Zawiślakowie, po których widać, że są na melanżu już któryś tydzień albo miesiąc, ogólnie ostra delira. Pan Zawiślak odnotował naszą obecność dopiero po kilkunastu sekundach i zareagował na nią pytaniem ZNOWU DO PIERDLA, A NIBY KURWA ZA CO? Na co jeden ze strażników, którzy ewidentnie chcieli jak najszybciej się stamtąd wydostać, powiedział tylko, że PAN TUTAJ POKWITUJE ODBIÓR SYNA. Zawiślak senior coś bazgrnął na formularzu, Zawiślakowa seniorka zaczęła bełkotliwie przepraszać za mnie strażników gminnych, a ci spierdolili, omijając psie gówno w przedpokoju.

 

Myślę sobie, kurwa, co teraz będzie? Czy jako że nie mam dokumentów, a mój odbiór został pokwitowany, to należę teraz w świetle prawa do familii Zawiślaków? Czy jak będę chciał sobie pójść i mnie złapie ta straż gminna, to znowu mnie tu odwiozą? Czy państwo Zawiślakowie stali się moimi opiekunami prawnymi? A może ja naprawdę jestem Tomek Zawiślak, tylko mój umęczony patologicznym życiem umysł wytworzył jakiś mechanizm obronny – iluzję, w której wydawało mi się, że jestem Malcolmem i mieszkam w innym mieście i mam inną rodzinę, a całe moje dotychczasowe życie było tylko delirycznym zwidem.

 

Te rozważania przerwał mi mój nowy ojciec, mówiąc, że MASZ TU SYNEK 10 ZŁOTYCH I IDŹ PO FLASZKE, A JAK BEDZIE BRAKOWAŁO, TO NIE WIEM KURWA, MUSISZ COŚ WYMYŚLEĆ, BO SIĘ BEDE GNIEWAŁ.

 

No to zabrałem dychę, plecak z czipsami i 10 zniczami, i pojechałem do swojej chatki (dwie godziny jazdy rowerem składakiem po dziadku, który też zabrałem). Szkoda mi tylko oryginalnego Tomka Zawiślaka, bo jak wróci w końcu kiedyś do domu, to pewnie dostanie od starego wpierdol, że 10 złotych dostał, a flaszki nie przyniósł.

Otwórz jako osobną stronę →
Bory tucholskie

Wspominałem wam kiedyś, że jestem wielkim fanem turystyki rowerowej w wymiarze krajowym. W zeszłym tygodniu złożyło się tak, że podróżowałem w okolicach Torunia. Te wojaże zazwyczaj przebiegają mi bardzo sielankowo, aż do momentu, w którym dzwoni jakiś mój ziomek i mówi, że gdzieś jest jakaś inba i żebym przyjeżdżał – tak jak w lipcu nad morzem. Nie inaczej było i tym razem, dzwoni koleżka, co jest, czy tam był, harcerzem, że jest na akcji pod Chojnicami, bo tam jest kurwa klęska żywiołowa, cały powiat rozpierdolony i każde ręce do pracy się przydadzą, a słyszał, że ja jestem gdzieś w okolicy. Muszę zaznaczyć, że nie ma przypadku w tym, że znajomi do mnie dzwonią w takich sytuacjach, bo ja okazji na tego typu akcje nigdy nie przepuszczam, co zresztą nie raz wpędziło mnie w kłopoty. Co do tej klęski, to nie miałem zbyt wiele informacji, bo w czasie podróży nie mam zbytnio dostępu do mediów, tylko mi jakiś typ pod sklepem mówił, że gdzieś były jakieś wichury.

 

Ogólnie było tak, że w Borach Tucholskich przyszła megakurwaburza, połamało ileś tam tysięcy hektarów lasu, ludzi pozabijało, poniszczyło domy itd. Ten koleżka mi powiedział, że mam przyjeżdżać do miejscowości o nazwie Rytel i tam szukać jego albo jakiegoś Zbigniewa, co jest koordynatorem którejś tam ekipy – nie wiem zresztą, bo miałem słaby zasięg. Spod tego Torunia to miałem na miejsce akcji ponad 100 kilometrów, więc jako że na rowerze bym jechał z półtora dnia, to poleciałem po prostu na najbliższą stację benzynową i podbiłem do typa, co tankował dostawczaka.

 

PANIE KIEROWCO, GDZIE PAN JEDZIESZ, JA DO RYTLA MUSZĘ SZYBKO, BO TAM KATASTROFA, A JA MAM BYĆ WOLONTARIUSZEM, WEŹ MNIE PAN CHOCIAŻ KAWAŁEK PODRZUĆ.

 

MŁODY NIE MUSISZ TŁUMACZYĆ, ŁADUJ TEN ROWER, JA CIĘ NA SAMO MIEJSCE ZAWIOZĘ. JA TAM MAM CIOTKĘ, TAM JEST KURWA SYRIA!

 

Ten dostawczak to była chłodnia, a typ tak nią leciał, że byliśmy tam w nieco ponad pół godziny, aż mi wyroby mięsne pospadały ze skrzynek na rower xD. Po drodze mieliśmy takie widoki, że faktycznie się poczułem jak w Syrii, bo momentami to po kilka kilometrów były obszary, że kamień na kamieniu ani patyk na patyku nie został, rozpiździel totalny, ludzie potracili dorobek życia, a niekiedy to i życie.

 

Dojechaliśmy, dostawca mnie wyrzucił na jakiejś ulicy, zbiliśmy pionę i pojechał. Przypiąłem rower do płotu, idę szukać tego mojego ziomka harcerza albo tego słynnego Zbigniewa. W tej miejscowości rozstawiony kurwa sztab kryzysowy, wszędzie latają jacyś strażacy, harcerze, wojsko z ciężkim sprzętem – widać, że wszyscy poza mną doskonale wiedzą, co robią. Nagle mnie łapie jakiś typ w kamizelce odblaskowej

 

TO TY JESTEŚ OD TYCH PILARZY Z NADLEŚNICTWA?!

 

Jeszcze nie zdążyłem się zastanowić, kim w ogóle są pilarze, a on już sobie odpowiedział

 

KURWA CZŁOWIEKU, TO WSKAKUJ NA PAKĘ, BO JUŻ ODJEŻDŻAMY! STARE BOROWICE CIĄGLE ODCIĘTE OD ŚWIATA! LAS NA DRODZE!

 

i mi ściąga plecak i wrzuca na jakąś ciężarówkę wojskową, co stała obok, to – chcąc nie chcąc – też tam włażę, chociaż oszołomiony byłem, jakbym się piwa napił. Na górze siedziało już z 20 osób – strażacy, wolontariusze, żołnierze, typ jebnął w szoferkę, DAWAJ JEDZIEM, no i jedziemy.

 

Jeszcze się nie zdążyliśmy rozpędzić, bo to ciężka maszyna, a tu z bocznej uliczki wybiega czterech typów w pełnym rynsztunku bojowym i za nami lecą, i krzyczą to słynne CHŁOPAKI, CZEKAJTA. Kierowca się zatrzymał, oni się do nas wpierdolili i ruszamy. Wyglądali jakby właśnie wrócili z misji w Afganistanie: hełmy, mundury z jakimiś linami poobwiązywanymi, gogle, nóż przyczepiony do buta, jakieś kurwa menażki i łopaty przy plecakach itd., podczas gdy u nas ci wszyscy żołnierze i strażacy to mieli tylko piły spalinowe i plecaki z jedzeniem i wodą na robotę. Jakiś typ ich pyta, z jakiej są jednostki, a Mirek, który wkrótce miał się okazać ich dowódcą, krzyczy STARSZY KAPRAL KOWALSKI MELDUJE GOTOWOŚĆ BOJOWĄ. Ci żołnierze od nas się zdziwieni patrzą po sobie i mówią, kurwa, jaki ty jesteś kapral, chyba z NATO, bo masz amerykański mundur xD. No i zaraz się kwestia wyjaśniła, bo Mirek zaczął tłumaczyć, że z tym kapralem to on tak trochę wybiegł w przyszłość, bo ogólnie to oni są z jakiejś grupy rekonstrukcyjnej gdzieś na Mazowszu, ale mają też doświadczenie bojowe w ASG (zarówno w walce w terenie zabudowanym, jak i w lesie), a w ogóle to oni już mają swój oddział obrony terytorialnej, tylko dopiero za tydzień będą mieli przysięgę. Do tego zaczął opowiadać, że oni sobie tu nie przyjechali ot tak, z dupy, że jakiego to nie mają przeszkolenia, że Mati od nich to na kursie BHP w pracy miał pierwszą pomoc, a Seba to już właściwie ma prawo jazdy kategorii C, tylko jeszcze praktykę musi zdać, a tak w ogóle, to ich jest aż ośmiu, ale czterech jest w Łebie na wakacjach, bo mają domek do końca tygodnia opłacony, więc nie mogli przyjechać – jednym słowem chłopaki byli z tych, co jak Ruskie wejdą, to oni będą walczyć na barykadach z wrogami ojczyzny, zanim ja w ogóle zdążę założyć rurki.

 

Na przyczepie zapanowała lekka konsternacja, ale chuj, każdy się przyda do pracy. Ja to już w szczególności nie powinienem nikogo oceniać, bo poza tym, że jadę na ratunek mieszkańcom Starych Borowic, to nie miałem pojęcia, co się dzieje.

 

Dotarliśmy na miejsce, droga faktycznie zajebana drzewami po horyzont. Jakiś strażak zaczął dzielić pomiędzy nas pracę, mnie przydzielił do harcerza, co miał piłę spalinową, że on będzie ciął na kawałki drzewo z drogi, a ja mam je wypierdalać na pobocze. W końcu strażak się odwraca do tych z obrony terytorialnej i aż zaniemówił, bo ci kurwa sobie rozłożyli kuchenkę gazową na tej zniszczonej drodze xD. Pyta ich, co oni kurwa odpierdalają, a Mirek mówi, że musi sobie gorący kubek zrobić na wzmocnienie, bo się zmęczył, jak gonili ciężarówkę xD. Jakiś żołnierz powiedział, że zaraz mu tę kuchenkę wsadzi w dupę, więc niepocieszony i nieposilony Mirek na wszelki wypadek schował ją jednak z powrotem do plecaka i zaczyna się pompować, że oni przeszkoleni, to oni chcą do ciężkiego sprzętu iść do pracy. Dowodzący strażak mu na to mówi, że jak mają papiery, to im może zaoferować piłę spalinową. Daje ją jednemu z tych Sebów, ten ją ogląda ze wszystkich stron i wyskakuje PROSZĘ PANA, A GDZIE TO SIĘ WŁĄCZA XD, to strażak mu ją zabrał i dał im miotły, że mają zamiatać takie mniejsze gałęzie z drogi, jak już drzewa będą usunięte.

 

Zanim pierwsze kilka drzew usunęliśmy, to minęło z 10 minut, więc obrońcy terytorium nie mieli co robić i postanowili w międzyczasie sobie zbudować kwaterę główną, czyli położyli plecaki i cały ten swój sprzęt na drodze i zakryli siatką maskującą, żeby wróg nie zobaczył z powietrza. Potem poszli robić rozpoznanie – powyjmowali krótkofalówki, łazili wzdłuż drogi i gadali do siebie szyfrem:

 

GAMMA FOXTROT ODBIÓR, MAMY TU KOD 10-50/36, ODNOTUJ, OVER.

 

To im ten harcerz, z którym ja robiłem, mówi, kurwa, hitlerowcy was tu nie podsłuchują, żebyście szyfrem mówili, gadajcie po ludzku, że drzewo leży xD. A jak chcecie się przydać, to niech jeden się przejdzie kawałek i policzy te drzewa, to będziemy wiedzieli, ile jest roboty, czy mamy wzywać więcej ludzi, czy możemy kogoś od nas wysłać w inne miejsce. No to wysłali jednego Sebę na zwiad z tą krótkofalówką i słyszymy, jak idzie i im przez nią liczy JEDEN, DWA, TRZY, CZTERY, PIĘĆ, A NIE TO JUŻ POLICZYŁEM, TO CZTERY, TERAZ PIĘĆ, SZEŚĆ…

 

Muszę z wrodzonej uczciwości powiedzieć, że oprócz tego to praca szła bardzo sprawnie i poza tymi zjebami była zajebiście zorganizowana. Do tego nie było w ogóle takich podziałów, że ktoś jest żołnierz, ktoś wolontariusz, ktoś harcerz, ktoś z Chojnic, ktoś z Bytowa, a ktoś z Warszawy, tylko wszyscy zapierdalali razem, od razu się zaziomowali i każdy każdemu pomagał. Było poczucie wspólnej misji i w ogóle wspólnoty, jakie pamiętam ostatni raz było, jak byłem dzieciakiem i papież umarł, że wszyscy Polacy to jedna rodzina, jak napisał poeta.

 

Ten doniosły moment przerywa komunikat z krótkofalówki od Seby

 

126, 127, 128… EJ CHŁOPAKI, CHYBA SIĘ ZGUBIŁEM.

 

Strażak dowódca wyrwał Mirkowi to radyjko i mu mówi, ja pierdolę, nie właź tylko w las, bo ci jakieś drzewo na łeb spadnie i cię zabije, idź kurwa tą drogą, tak jak szedłeś, to w końcu do nas dojdziesz.

 

Okazało się, że nie. Seba poszedł tą drogą, tylko w drugą stronę, i doszedł po godzinie do tej całej wsi, która była celem naszej misji. Tam mu kurwa ludzie wybiegają na spotkanie, że pomoc dotarła, a on do nich wyskakuje, że dzień dobry, on się zgubił i którędy do strażaków xDDD

 

W międzyczasie Mati, ten co miał skończony kurs BHP, wymyślił, że jak już są na takiej akcji, to muszą koniecznie mieć zdjęcie na fanpage tej swojej obrony terytorialnej czy grupy rekonstrukcyjnej i jakieś forum dla miłośników takich rozrywek. Ustawili się we trzech na tle tej rozjebanej drogi i kogoś tam poprosili, żeby telefonem im zrobił fotkę. Dopiero potem się ogarnęli, że nie ma w ogóle zasięgu. Mirek zakomenderował, że trzeba coś wykminić, bo relację z pola bitwy trzeba wrzucać na bieżąco, tak jak jest to zdjęcie, co Obama siedział ze swoimi doradcami i w czasie rzeczywistym oglądali na komputerze, jak zabijają Bin Ladena. Mati wykminił więc, że on wejdzie na te przewrócone drzewa, wyciągnie rękę w górę i wtedy może złapie zasięg.

 

Teraz będzie krótki opis techniczny, który przedstawię wam jako doświadczony już usuwacz skutków klęsk żywiołowych w lasach. Jak te miliony drzew się na raz przewracają, to plączą się ze sobą nawzajem, spadają na siebie itd. Coś jak bierki, tylko każda waży po kilka ton. W dodatku drzewa bardzo się przy tym naprężają, a niektóre w ogóle nie są złamane, tylko tak przyciśnięte do ziemi jak w kreskówkach, że jest pułapka i leży sznurek, i ktoś w niego wchodzi nogą, i go wyciąga w powietrze, a potem tam sobie wisi. Na przykład leży jedno drzewo, które przygniata drugie, które jest oparte o trzecie, co jeszcze trochę stoi, ale jak tego opartego nie będzie, to się wyjebie, a czwarte, co leży pod trzecim, jest jakąś gałęzią zaczepione i o to pierwsze, i drugie. Trzeba więc zajebiście uważać, bo nawet ja, pracując bez piły, dostałem kilka razy gałęzią, jak ktoś ruszył coś zupełnie innego kawałek ode mnie.

 

Po fragmencie edukacyjnym wracamy do akcji. Mati wlazł na szczyt jakiegoś stosu drzew i wyciąga łapę w powietrze, żeby złapać chociaż jedną kreskę zasięgu. Ktoś do niego krzyczy ZŁAŹ BARANIE NA ZIEMIĘ, ale Mati nie słyszy, bo kawałek obok cięli piłą spalinową, a to hałasuje. Aż przecięli.

 

Staliśmy się w tym momencie świadkami narodzin Pierwszej Eskadry Lotniczej Obrony Terytorialnej. Drzewo, na którym stał, wyrwało się spod tego, co właśnie zostało przecięte. Matiego wypierdoliło kurwa na wysokość trzeciego piętra. Poleciał takim lobem, że jakiś żołnierz zdążył powiedzieć EJ DOBRA, DZWOŃCIE PO MEDYKÓW, zanim jeszcze wylądował. Mati miał w dodatku rękę z telefonem wyciągniętą w górę, więc wyglądał jak superman, co też tak lata z pięścią wyciągniętą przed siebie. Jebany miał szczęście, że na trasie jego przelotu było jakieś niezłamane drzewo, bo trochę go gałęzie wyhamowały i dodatkowo go obróciły nogami w dół, bo wcześniej leciał centralnie na łeb, jak po skoku z trampoliny do basenu. Jak przypierdolił o ziemię, to aż kurwa kurz się dookoła wzbił i szyszki podskoczyły.

 

Nieprzytomnego Matiego zawieźli do szpitala. Ekipa obronna miała więc już jednego zaginionego w akcji i jednego ciężko rannego, nie licząc tych czterech, co byli na wczasach w Łebie. Seba 2, ten co został z kapralem Mirkiem, usiadł na pieńku i zaczął płakać. Mirek też się na chwilę zasmucił, ale potem chciał podnieść morale i zaczął intonować okrzyki typu NA CZEŚĆ RANNEGO MATIEGO HIP HIP HURA i CHWAŁA BOHATEROM, ale spotkały się tylko z pełnymi zażenowania spojrzeniami i rozmyły w huku pił spalinowych.

 

Trzeba jednak przyznać, że jedna rzecz się typom z obrony terytorialnej udała. Ich kwatera główna z plecakami była na tyle dobrze zamaskowana siatką, że jak przyjechała ciężarówka z ludźmi do pomocy, to kierowca kompletnie jej nie zauważył i rozjechał ją tak, że trzeba było ten ich cały rozpłaszczony sprzęt z Afganistanu odrywać od asfaltu xD

Otwórz jako osobną stronę →
Emeryt w narzędziowym

Chciałem sobie powiesić półkę nad biurkiem, a w tym celu trzeba było wywiercić w ścianie dwie dziury i zamontować w nich dwa kołki, na których rzeczona półka miała się wspierać. Robota niby niewielka, dlatego postanowiłem wykonać ją sam. Poszedłem do piwnicy i znalazłem wiertarkę, ale nie znalazłem kołków, więc postanowiłem pójść do sklepu narzędziowego na bazarku koło mojego osiedla, bo nie będę przecież dymał na czterogodzinną wyprawę do Castoramy czy Leroya pod miasto, żeby kupić dwa kołki – plus ewentualnie trzeci zapasowy, jakby coś nie wyszło, co się przy takich pracach zazwyczaj zdarza.

 

Polazłem na bazarek, wchodzę do narzędziowego i widzę, że będzie to co zwykle. Zwykle jest mianowicie tak, że typ co ten sklep prowadzi stoi i opierdala klientów. On sam wygląda jak taki typowy mały przedsiębiorca, którego pokazują we wszystkich reklamach kredytów dla firm, ewentualnie hipermarketów, jak przekonują, że u nich wszystki pochodzi od lokalnych dostawców i właśnie takie przykładowego dostawcę przedstawiają w telewizorze. Typ pod 60-tkę, taki już doświadczony a jeszcze nie zdziadziały, lekko łysy, broda miejscami naznaczona siwizną (co świadczy o mądrości życiowej) i koszula flanelowa z podwiniętymi rękawami. W reklamach zazwyczaj pokazywany jest w momencie jak własnymi rękami wnosi z dostawczaka zaopatrzenie do swojego sklepu i przy okazji opowiada jaki ma na ten samochód zajebisty leasing, a potem do pani Kasi co stoi za kasą woła PANI KASIU JAK PANI BĘDZIE ZAMYKAŁA TO PANI TU JESZCZE PODŁOGĘ PRZETRZE.

 

Ale wracając do opierdalania klientów, to ten typ z narzędziowego zawsze odchodzi od zmysłów, że ludzie do niego przychodzą i sami nie wiedzą czego chcą. Żeby posłużyć się konkretnym przykładem, to akurat przede mną stało w kolejce dwóch typów, taki w średnim wieku i potem emeryt, i ten pierwszy chciał kupić jakiś klej, żeby przykleić jeden kafelek do ściany, bo mu odpadł. Mówi więc POLECIŁYBY MI PAN JAKIŚ KLEJ DO PŁYTEK, a właściciel sklepu zaraz zaczyna dopytywać, czy PŁYTKA to raczej glazura czy terakota, czy na podłodze jest czy na ścianie, a skoro na ścianie, to czy ściana była gruntowana czy nie, a jak była, to kiedy ostatnio i z czego w ogóle ściana jest zbudowana – cegła, wielka płyta, gipskarton itd. W końcu klient się zaczyna plątać w tym wszystkim i ze wstydem przyznaje, że nie wie. Wtedy typ od sklepu się łapie za głowę i NO LUDZIE KOCHANI, TO JA MAM ZA WAS WIEDZIEĆ i klient ze wstydem mamrocze, że on w takim razie pójdzie sprawdzić i zaraz wróci, po czym wychodzi ze sklepu i idzie smutny zastanawiając się, jak mógł doprowadzić do sytuacji, w której nie wie w jakiej technologii 50 lat temu zbudowano jego własny blok.

 

Typ od płytki załamany polazł do domu, teraz kolej emeryta. Mówi, że potrzebuje drabinkę. To znowu wywołuje lawinę pytań: wysuwana ma być, opierana, wolnostojąca, a jaka długa? Emeryt skapitulował szybciej niż ten od glazury i od razu się z ręką na sercu przyznaje, że nie wie. To sprzedawca każe powiedzieć, jak wysokie ma mieszkanie, to zaraz na miejscu weźmiemy miarkę i zmierzymy emeryta, odejmiemy jego wysokość od wysokości sufitu i będzie wiadomo, ile ma mieć drabina – MATEMATYKA NA POZIOMIE SZKOŁY PODSTAWOWEJ, PROSZĘ PANA. To emeryt mówi, że do samego sufitu chyba nie musi być.

 

TO JAKA?

NO TAKA, ŻEBY SIĘ POWIESIĆ.

 

Eskalowało szybko. Sprzedawca chyba nie zajarzył, albo był tak przyzwyczajony do zadawania pytań, że zaczyna dopytywać co trzeba wieszać – obraz, szafkę, telewizor, lampę może jakąś – i widać, że już chce pytać z czego i w którym roku jest w ogóle zbudowana ta ściana, na której ma być wieszane. Wtedy emeryt precyzuje, że wieszać ma się on sam, tylko chciał drabinkę, bo się boi, że tak się z krzesła się wieszać to może być trochę za mało.

 

Właściciel sklepu patrzy na emeryta, potem na mnie, potem znowu na niego. Ja też w szoku i zaczynamy dopytywać, po co się od razu wieszać, tłumaczymy, że warto jest żyć itd. Jeszcze ten właściciel tak się rozpędził w tym przekonywaniu, że rzucił komentarz – moim zdaniem niepotrzebny – że emerytowi i tak już chyba zbyt długo nie zostało, więc może by sobie po prostu poczekał na śmierć naturalną ten rok czy dwa. No to ten dziadek nam zaczyna opowiadać o swojej tragedii, że wziął rok temu kredyt chwilówkę żeby wyremontować łazienkę na działce, 5000 zł, miało być wszystko miło i fajnie, a tu się nagle zrobiły jakieś odsetki od procentów, prowizje, ponaglenia, drugą chwilówkę wziął żeby pierwszą spłacić, co miesiąc spłacał, a teraz i tak ma jeszcze więcej długu niż miał wtedy. Boi się teraz, że mu mieszkanie zabiorą, a chciał coś zostawić dzieciom, więc uznał, że jak się powiesi, to dług się może anuluje.

 

Typ ze sklepu mu mówi, że po pierwsze w tej sytuacji, to on by mu tę drabinę zdecydowanie odradzał, bo u niego najtańsza kosztuje 150 złotych, więc przy takim zadłużeniu nie ma się co wpędzać w dodatkowe koszty na sam koniec. Po drugie natomiast, że OHOHO PAAAANIE, TRZEBA BYŁO TAK OD RAZU MÓWIĆ. JA PROSZĘ PANA JESTEM 25 LAT W INTERESIE, 3 KONTROLE SKARBOWE MIAŁEM, 5 KOMORNIKÓW, A RAZ TO NAWET MAFIA PO HARACZ PRZYSZŁA. JAK JA BYM MIAŁ CHĘĆ I CZAS, TO BYM MÓGŁ Z TAKICH RZECZY DAWAĆ KOREPETYCJE NAWET DLA MINISTRA FINANSÓW. GDZIE TEN FACET OD CHWILÓWEK?

 

Okazuje się, że ten facet to jest tu zaraz, u nas na osiedlu. Na to właściciel mówi, że w takim razie idziemy tam we trzech, bo ja muszę być na bezstronnego świadka, żeby się potem chuj nie wyparł, i zaraz tę sprawę załatwimy.

 

Nie opierałem się, bo poważna rzecz, życie emeryta tu jest na szali, więc idziemy. Jest faktycznie zaraz szyld DORADCA FINANSOWY – KREDYTY – POŻYCZKI – BEZ BIK – GOTÓWKA W 15 MINUT. Wparowujemy tam jak trzej muszkieterowie, tylko emeryt trochę mniej agresywnie, prawdopodobnie ze względu na reumatyzm. Typ od narzędziowego już w drzwiach woła, że UMOWA JEST NIEWAŻNA BO MÓJ KLIENT W MOMENCIE PODPISYWANIA NIE MIAŁ OKULARÓW – widać taką linię obrony przyjął, bo to z okularami zmyślił. Ten od chwilówek widocznie szybko skojarzył emeryta, bo od razu odbija argument, że to obowiązkiem strony zainteresowanej jest, żeby okulary ze sobą mieć, bo on nie będzie każdemu badał wzroku, bo to jest punkt doradctwa finansowego, a nie salon optyczny. No to sprzedawca narzędzi podchodzi z innej strony, że on swojego klienta przepisze z ZUS do KRUS i oni już wtedy żadnych rat nie zobaczą, a chwilówkowicz zaraz inny kontraargument i trwa batalia prawna jak na filmach, jak kogoś mają skazywać na krzesło elektryczne i zaraz ława przysięgłych uda się na posiedzenie i jest ostatnia szansa, żeby ją przekonać na tak albo na nie.

 

Szermierka prawno-chwilówkowa się rozkręca, aż nagle lichwiarzowi się tak jakoś wyraz twarzy zmienił i mówi do narzędziowca z pewnym podziwem, że on widzi, że narzędziowiec się zna na rzeczy i pyta, czy on przypadkiem biznesmenem nie jest, bo to by wiele tłumaczyło. Sprzedawca też się tak trochę rozchmurzył, metaforycznie opuścił gardę i mówi HEHE NIE TAM OD RAZU BIZMESMENEM, ale 25 lat małe i średnie przedsiębiorstwo prowadzi, to się w tym czasie tyle musiał nauczyć, że KOREPETYCJE TO SAMEMU MINISTROWI FINANSÓW. Typ od kredytów na to, że no jasne, że on od razu jak go w drzwiach zobaczył to już miał takie przeczucie, bo gość ma taki wygląd przedsiębiorczy, że mógłby w jakiejś reklamie banku wyładowywać towary z dostawczaka w leasingu 0%. I dopytuje dalej, że jaki typ działalności, czy myśli nad ekspansją firmy itd. to mu się sprzedawca wysypał ze swojego biznesplanu, że ma budę na bazarze, że myśli żeby wejść w segment materiałów budowlanych, może jakieś docieplenia itd. Chwilówkowicz na to pyta z czego są ściany sklepu na bazarze, to właściciel mu z dumą mówi, że z blachotrapezu.

 

UUUUU, TO WIDZĘ, ŻE PAN ŻEŚ TO DOBRZE PRZEMYŚLAŁ, W TEJ SYTUACJI TO JAKBY PAN CHCIAŁ JAKIŚ KREDYT NA ROZWÓJ FIRMY, TO BY RATA TAŃSZA BYŁA, BO UBEZPIECZENIE MNIEJSZE, BO BLACHOTRAPEZ MATERIAŁ NIEPALNY, WIĘC NIŻSZE RYZYKO POŻARU.

 

I ten od narzędzi już cały rozanielony, że ktoś docenił jego przedsiębiorczość i wybór budulca i zaczyna z tym lichwiarzem jak z kolegą gadać i już zaczynają kwotę pożyczki ustalać. Emeryt się na to wzburzył i mówi, że A CO ZE MNĄ? Na co go typ od chwilówek uspokaja, że panie Bronisławie, kredyt konsolidacyjny panu dam, będziesz pan jedną ratę spłacał zamiast dwóch i jeszcze panu zostanie żeby boazerie na działce zrobić. No to emeryt też już cały zadowolony, tylko ja pozostałem przy zdrowych zmysłach i im mówię, panowie, tylko przeczytajcie zanim coś podpiszecie, żeby potem nie było płaczu.

 

Ci jak na mnie wtedy kurwa wsiedli we trzech, najgorzej ten od narzędzi, żebym sam spróbował firmę założyć, to wtedy pogadamy, a tak w ogóle, to żebym się nie wpierdalał w cudze sprawy, bo mnie o to nikt nie prosił. To już mnie szlag trafił i krzyczę do nich, że ja się tu wcale nie wpraszałem, że oni mnie to sami zaciągnęli na świadka bezstronnego, a ja chciałem tylko kupić kołki do ściany.

 

Typ od narzędziowego pyta, tak, a jakie kołki? Szybkiego montażu, uniwersalne, skrzydełkowe, do gipskartonu? To ja ze wstydem odpowiadam, że nie wiem, a on na to swoje NO LUDZIE KOCHANI, TO JA MAM ZA WAS WIEDZIEĆ?! I głowę opuściłem i poszedłem do domu i jutro mnie czeka wyprawa czterogodzinna do Castoramy albo Leroya pod miasto

Otwórz jako osobną stronę →